19 listopada 2015

Pigwa, rzodkiew, roszponka



Niezwykle piękna i bardzo niedoceniana. Pigwa ma postać uroczego mini-drzewka, efektownie kwitnie, a jej owoce są niezwykłe. Pewnie dlatego tak uważam, bo lubię żółty kolor, a tu, miesza się on z odcieniami zieleni i seledynu tworząc obiekt, który sam w sobie jest małym dziełem sztuki. Zresztą owoce pigwy kojarzą mi się obfitującymi martwymi naturami XVII wiecznych niderlandzkich malarzy.
Myślę, że niejeden śmiałek zderzył się z nieprzystępną pigwą próbując ją ugryźć jak zwykłe jabłko, lub gruszkę. I co wtedy? Rozczarowanie. Ten piękny i aromatyczny owoc okazuje się...niejadalny?
Nic bardziej mylnego. Pigwa wymaga po prostu obróbki i to niezbyt skomplikowanej, a efekty są bardzo smaczne. Po obraniu (polecam ostry i poręczny nożyk, bo niektóre okazy bywają bardzo łykowate) i pokrojeniu można ją:
-  po prostu udusić w niewielkiej ilości wody z dodatkiem miodu/cukru i startej skórki cytrynowej, a następnie wykorzystać jako dodatek do owsianki/jaglanki lub zjeść tak po prostu,
- skarmelizować i wykorzystać jako obłożenie sernika, pavlowej, dowolnego ciasta lub zapiec pod kruszonką,
- albo skarmelizować w żeliwnej patelni, a następnie przykryć rozwałkowanym ciastem i zapiec w pigwowej wersji Tarty Tatin,
- spróbować wykorzystać jako dodatek do gulaszu bądź, po uduszeniu, do sałatki
- wykorzystać do przetworów: marmolady, kompotu czy nalewki.

Ja dziś zrobiłam prostą sałatkę, która świadczy o tym, że jesienno-zimowe sałatki są równie smaczne i orzeźwiające jak te letnie. Dlatego: porzuć szklarniowe ogórki, pomidory i sałaty lodowe i spróbuj coś sezonowego!


 

Sałatka z pigwy, białej rzodkwi z orzechami włoskimi, kozim serem i roszponką

Składniki:
  • 4 duże pigwy
  • 1 duża, biała rzodkiew
  • 100g koziego sera
  • garść wyłuskanych orzechów włoskich 
  • świeżo mielony pieprz czarny
  • oliwa
  • 3 łyżki miodu
  • łyżeczka soku z cytryny
  • skórka z cytryny
  • 3-4 duże garście roszponki

Pigwę oczyszczam z gniazd nasiennych i kroję w półksiężyce, wkładam do rondelka i zalewam wodą, tak aby sięgała 1-2 cm powyżej pokrojonych owoców, dodaję miód, skórkę i sok z cytryny. Gotuję na wolnym ogniu 30-40 minut aż pigwy będą miękkie, a woda się zredukuje i powstanie lekki syrop.
Mieszam w misce roszponkę, pokrojoną w cienkie krążki rzodkiew, pigwę, posypuję pokruszonym serem kozim i lekko podprażonymi orzechami włoskimi oraz świeżo mielonym pieprzem. Skrapiam oliwą z oliwek i syropem z gotowania pigwy.







30 maja 2015

Smak łąki


Zielenią nigdy nie mogę się najeść. Ani jej barwą, ani smakiem. Dzisiaj leżałam na wygrzanej trawie, gdzie poza skrawkiem nieba zewsząd otaczała mnie zieleń: krzewów, sosen o jaskrawo-zielonych, miękkich pędach, młodej trawy, drzew owocowych, na których gałązkach wiszą już małe, niedojrzałe owoce. Końcówka ciąży o takiej porze roku to prawdziwa bajka: dookoła życie toczy się pełną parą, ptaki uganiają się za sobą z taką zawziętością, że co rusz strząsają z gałęzi liście. Ziemia jest już ciepła, a powietrze pachnie akacjami.

Od kilkunastu dni jestem monotematyczna kulinarnie. Nie mogę się nasycić liśćmi. Jedna z moich ulubionych kompozycji ostatnio to mieszanka, która kojarzy mi się z wakacjami, jakie spędzałam co roku w Bieszczadach z rodzicami i siostrą, przez kilkanaście lat. Jeździliśmy w jedno miejsce, gdzie było dziko i ustronnie, gdzieś na końcu świata, tuż przy niewielkiej wsi, za nią asfaltowa droga się już urywała.
Przez kilka tygodni świeże mleko, sery, masło, jajka, miód z pasieki, a dookoła roślinność, tak obfita, czerpiąca swoją siłę z pobliskiej rzeki.
Na łąkach i w rowach kępy ziół i kwiatów. Pamiętam, jak czasami z mamą zbierałyśmy te zioła, a ja odkrywałam, że coś co było dla mnie zwykłym kwiatkiem do wianka ma właściwości lecznicze i może odżywiać ciało. Pamiętam też, że niektóre rośliny znałam z miasta, ale tam, w dziczy, przybierały zupełnie inne rozmiary, przerysowane i wybujałe, nierzeczywiste.




Moja interpretacja tego wspomnienia to prosta sałata z liści. Rukola prosto z grządki, której ostry smak kojarzy mi się z agresywnym zapachem dzikich pastwisk. Botwinka, słodkawa o ziemnym posmaku i koper: zielenina, która najmocniej kojarzą mi się z letnimi, ogrodowymi zupami, przyrządzanymi przez moją mamę. Mięta, czyli królowa łąk i przydrożnych rowów. Liście kolendry, ponieważ jej smak przypomina mi zapach łopianu, który obrastał połaciami brzegi tej rzeki. Łopian był tam w czasie wakacji dla nas, dzieci, podstawowym elementem zabaw w sklep, w dom, a w jego gąszczu robiliśmy sobie kryjówki. Bluszczyk i nasturcja, ze względu na piękny kształt liści i pikantny smak (zwłaszcza bluszczyku). Bluszczyk przywędrował do ogrodu mojej mamy właśnie stamtąd i od kilku lat pięknie porasta rozmaite zakamarki.
Same liście w tej konfiguracji uwielbiam jeść z kilkoma kroplami oleju z orzechów laskowych, odrobiną soli i pieprzu oraz kromką chleba z masłem, ale wiem że to ortodoksyjna wersja :) W wersji bardziej przyswajalnej dla reszty rodziny polecam dodać kilka słodkich pomidorków, szparagi z patelni al dente, pokrojone w plasterki. Taką wersję posypałam pokruszoną fetą z prawdziwego zdarzenia i posypałam przyrumienionym słonecznikiem.






9 kwietnia 2014

Fenkuł, jajka, wołowina




Co za dzień! W nocy, potajemnie brzozy za oknem pokryły się aurą soczystej, niezwykłej zieleni, tak delikatną i ulotną, że widać przez nią struktury gałęzi.

Strasznie chciałam przyrządzić kolejną pozycję z mojej listy wiosennych potraw do spróbowania: jajeczne wstążki z bresaolą, koprem włoskim i radicchio. Pojechałam więc do sklepu, który był w te składniki zaopatrzony ostatnio..niestety bresaola się skończyła. I nie było jej także w kolejnych 4 sklepach, które odwiedziłam zataczając przemyślaną pętlę wokół miasta. Zmęczona tym polowaniem i poirytowana podjechałam do Dużej Hurtowni, gdzie kupiłam sezonowaną, niemiecką szynkę wołową i koper włoski. Zgarnęłam jeszcze świeże zioła, mimo że w hali sklepowej wydawały mi się pachnieć nijako.

W aucie było bardzo gorąco, słońce na zewnątrz chyba pierwszy raz tej wiosny grzało tak mocno.

Otworzyłam okna i wtedy pojawiło się to wspomnienie.

Sklepowe zioła uaktywniły się w kontakcie ze świeżym powietrzem, ich woń połączyła się z zapachem górniczej dzielnicy i aromatem przyrody, budzącej się w parkach, na skwerach i na podwórkach. Ta mieszanka uaktywniła w mojej głowie niesamowitą kawalkadę wspomnień: wczesna wiosna, pradziadkowie i ich mały dom niedaleko kopalni, podwórko z kurami i jednym zawadiackim kogutem, czarne klepisko ziemi i pokruszonego węgla, z kępkami wschodzącej trawy. Zapachy: młodego rumianku i mięty, wilgoci i próchniejącego drewna, zmurszałych, ceglanych murów. Zapach tęsknoty za dzieciństwem. Beztroskim gonieniem kur. Potajemne wylewanie (dorośli mówili: marnowanie) wody z podwórkowej pompy, wytyczanie patykiem koryt małych rzeczek w dół placu, do płotu i niżej, poprzez krótką, szorstką trawę, śledzenie biegu tych rzek, aż do ujścia na samym dole, w wielkiej kałuży, pośród suchego pyłu nieutwardzonej drogi. Każde źdźbło trawy zanurzone w tej rwącej rzece było ogromną wierzbą, każde suchy patyczek, płynący nią, był tratwą zmierzającą do morza.

Przypomniała mi się kuchnia mojej prababci, słodka kapusta duszona z jabłkami i pieczeń z listkiem z aluminiowego "gorczka". I herbata z dzikiej róży, parzona w szklanym dzbanku z ekspresu przelewowego, mocno słodka, z dwoma, trzema zmacerowanymi połówkami cytryny. Przypomniałam sobie nawet to, co było clou tej babcinej herbaty: te cytryny nie były obrane nożem, prababcia obierała je palcami, tak jak się obiera pomarańcze. I to było dla mnie niezwykłe.

Nie mogę się doczekać, kiedy znowu jakiś tajemna kombinacja zapachów, barw, dźwięków i pór uaktywni we mnie kolejne takie cudowne wspomnienie.





Wracając do sałaty, która była przyczynkiem całego tego zamieszania. Jest dla mnie doskonałą ilustracją tego wczorajszego dnia: bardzo zmysłowa i aromatyczna. Zastąpiłam bresaolę sezonowaną, wołową szynką. Chrupiący fenkuł wprowadza orzeźwiającą, cytrynowa nutę. Oliwa truflowa - jako mały akcent, dosłownie kilka kropli. Kompozycja na pewno do powtórzenia, myślę, że może nawet na wielkanocne śniadanie jako alternatywna forma podania jajek.

Bresaola z wstążkami jajecznymi, koprem włoskim i radicchio*

 Przepis na 4-5 porcji
  • 1 bulwa kopru włoskiego
  • 4 duże jajka eko
  • sól morska
  • świeżo zmielony, czarny pieprz
  • oliwa
  • główka sałaty radicchio umytej i porwanej
  • 2 garści umytej i osuszonej rukoli
  • 14-16 plasterków bresaoli
  • oliwa extra virgin
  • 1 garść świeżo startego parmezanu + wiórki do przybrania
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka oliwy truflowej (po kilka kropli na porcję)
oraz:
miska z lodowatą wodą, durszlak, patelnia teflonowa, folia aluminiowa


Koper umyć, odciąć zielone pędy i zachować drobne listeczki do przybrania. Bulwę ściąć obieraczką lub na mandolinie na bardzo cienkie plasterki. Wrzucić do miski z lodowatą wodą na krótka chwilę - dzięki temu fenkuł będzie chrupiący, jednak nie wolno go trzymać w wodzie za długo aby nie stracił smaku. Odcedzić, osuszyć i odłożyć.

Jajka ubić z odrobiną soli i pieprzu, rozrzedzić masę odrobiną wody (dałam około 1 1/2 łyżki). Rozgrzać patelnię, wlać i rozgrzać olej i wylać na patelnię pierwszy omlet, rozprowadzając jajka cienką warstwą na całej patelni. Omlety mają być bardzo cieniutkie, niemal jak bibułka, jednak ten pierwszy, tak jak w przypadku smażenia naleśników, może być trochę grubszy i niezbyt elastyczny. Do kolejnych omletów nie dolewałam już oliwy na patelnię, wychodziły mi bardzo cienkie i bez problemu zdejmowałam je z patelni. Każdy omlet smażyłam z jednej strony, dosłownie chwilę, póki jajka się nie ścięły. Przekładałam je folią aluminiową i trzymałam w cieple.

Koper, radicchio i rukolę wrzucić do dużej miski. Każdy omlet zwinąć w rulonik i pokroić jak makaron, na wstążki (1-2 cm). Delikatnie je rozwinąć i wrzucić do miski z sałatami. Dodać starty parmezan, 4-6 łyżek oliwy (dałam 4), sok z cytryny, sól i pieprz. Delikatnie wymieszać podrzucając.
Na talerzach rozłożyć plastry bresaoli, skropić oliwą. J.Olivier sugeruje aby podawać osobno talerze z bresaolą i osobno miskę z sałatą do nakładania przez gości, ja wykończyłam danie sama, układając sałatę na szynce, dodając zachowane pędy kopru, wiórki parmezanu oraz kilka kropel oliwy truflowej na sam koniec.

* na podstawie przepisu z książki "Jamie Olivier w domu - przez gotowanie do lepszego życia", Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009, s.36