6 grudnia 2017

Babka Mateczki










































Wracam dziś do przepisu na moje pierwsze samodzielnie upieczone ciasto, którego uczyłam się od Mamy, kiedy jeszcze byłam tak mała, że musiałam stawać na taborecie, aby pracować przy kuchennym blacie. Ciasto, które Mama piekła na każde święta (na Boże Narodzenie dodatkowo w formie baranka), a także na sobotnie popołudnia, kiedy wpadali do nas niezapowiedziani goście. Moze część z Was pamięta, że 2 lata temu zamieszczałam go tutaj na blogu. To prawda, ale przy przenosinach bloga jakiś czas temu kilkanaście wpisów przepadło, między innymi ten dla mnie najbliższy, najważniejszy, jak się okazuje, bezcenny.

Kiedy myślę o Babce Mateczki słyszę głośne warczenie białego miksera marki zelmer, czuję zapach masła rozpuszczonego w rondelku (czasami po cichu liczyłam na to, że się przypali, bo uwielbiałam zapach spalonego masła), czuję smak jajek ubitych z cukrem, które podjadałam palcem z miski. Widzę dłonie mojej Mamy, smukłe, o ładnych, zadbanych paznokciach w naturalnym kolorze, widzę jak smaruje tłuszczem foremkę na babkę (tę samą od lat, nadal w niej pieczemy), wysypuje ją tartą bułką, a potem wlewa ciasto, które układa się w blaszce aksamitnymi wstęgami. Przy kolejnych wspólnych wypiekach dostawałam zadania: począwszy od smarowania masłem blaszki i wysypywania okruchami bułki, poprzez wybijanie jajek do miski, aż po czeladniczy stopień operatora miksera - pamiętam, że czułam się wtedy już bardzo dorosła. Później często sama już robiłam Babkę Mateczki, jedynie zapalenie gazu w piekarniku pozostawało w gestii Mamy. Kiedy nauczyłam się w końcu piec je bez pomocy Mamy wtedy razem z koleżanką próbowałyśmy stworzyć je samodzielnie u niej w kuchni, miksując ciasto w maszynce do lodów. Niesamowite jest to, że zawsze wychodziło.

W zeszłym tygodniu miałam niezwykłą okazję opowiedzieć w Teleexpresie Extra o mojej pasji do fotografii kulinarnej i przepisów z zeszytów mojej Mamy i Babci. Mimo, że skupiona byłam na tym aby wszystko dobrze wyszło, to kiedy wróciłam do domu poczułam ogromną nostalgię i tęsknotę. Moja Mama odeszła ponad miesiąc temu. Jestem w żałobie jeszcze, pomyślałam, ale wiem, że niezależnie od upływu czasu smak tego prostego ciasta już zawsze będzie tak na mnie działał, będzie pachniał domem, w którym Ona opiekowała się nami.

To będą pierwsze święta bez Niej, a każde najmniejsze wspomnienie staje się takie bezcenne i wyjątkowe. Czas Adwentu jakby cofał mnie wstecz, do dzieciństwa. Zrozumiałam, że wtedy nie chodziło tylko o to, żeby być obdarowanym, aby mieć więcej prezentów, albo wszystko czego się tylko zechce. Radość była w obdarowywaniu, układaniu po cichu tych skromnych prezentów przy łóżku, wkładaniu pomarańczy do torebek, w robieniu lampionów na roraty i szykowaniu domu na święta. Moja Mama uwielbiała obdarowywać. A ponad wszystko kochała być Mamą. Jestem tego pewna. Przypomniałam sobie dzisiaj jak jeszcze parę lat temu rozmawiałyśmy o zasadności tego, że Ona nadal kupuje nam prezenty na Mikołaja (swoim zięciom też):
"Ja: Mamo, nie zawracaj sobie głowy prezentami dla nas na Mikołaja, przecież już nie jesteśmy dziećmi.
Mama: Ulczik, jesteś dorosła ale nie przestałaś przecież być moim dzieckiem i będziesz nim zawsze."







 


Babka Mateczki

Składniki:

  • 4 duże jajka (lub 5 małych) 
  • 1 szklanka cukru
  • łyżeczka esencji waniliowej lub cukier waniliowy
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 250g masła
  • opcjonalnie: 1 cytryna 
  •  bułka tarta do wysypania formy 
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.
Masło rozpuszczamy w garnuszku.
Mąki i proszek do pieczenia mieszamy w osobnej misce.
Cukier ubijamy z jajkami na dużych obrotach tak długo, aż powstanie puszysta, jasna masa, dodajemy esencję waniliową (lub cukier waniliowy).
Wsypujemy suche składniki do ubitych jajek, miksujemy szybko. Wlewamy rozpuszczone masło (może być ciepłe) i jeszcze raz mieszamy, ewentualnie dodajemy sok i skórkę z cytryny.
Przelewamy do formy, pieczemy 45-50 minut do tzw. suchego patyczka.
Po upieczeniu wyjmujemy delikatnie z formy i studzimy na kratce.
Tę babkę można przechowywać w suchym miejscu nawet do dwóch tygodni.










1 grudnia 2017

Pomarańczowe muffiny z żurawiną



Dla mnie zima jest wtedy, gdy spadnie ten pierwszy śnieg i wbije w zadziwienie tych, co kładli się spać w szarym mieście, a wstają pośród domów i drzew obsypanych śniegowym pudrem. Właśnie pada, od kilku dni biel próbuje zawładnąć krajobrazem.

Zima jest też wtedy, kiedy pomarańcze ze sponiewieranych daleką podróżą wiórowatych i gąbczastych piłek zamieniają się w słodkie kule, ciężkie od nadmiaru soku.

Już są, leżą w skrzynkach, na targowiskach; biały, zimny śnieg pada na ich jaskrawopomarańczowe, miłe w dotyku skórki, aż dziw bierze skąd one się tutaj wzięły, małe słońca w środku burej, miejskiej zimy. Przypominają mi święta, dziecięce marzenia, bo kiedy dostawałyśmy z moją siostrą prezenty mikołajkowe, moja Mama zawsze układała je pośród pomarańczy. Kiedy dom jeszcze spał my odpakowywałyśmy lalki, książeczki, nowe kredki i ubranka. Siedząc w łóżkach oglądałyśmy prezenty i obierałyśmy soczyste pomarańcze, ręce wycierając w piżamy.

Zimowe kontrasty niosą w sobie ukojenie. Gorąca herbata najlepiej smakuje w chłodne dni, rozgrzewające korzenne potrawy wtedy, gdy pożywienie staje się jałowe i skromne, a pomarańcze najlepiej smakują zimą. Dzisiaj więc zapraszam Was na pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem. 



Pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem

Składniki na 12 porcji
  • 2 pomarańcze
  • 2 duże garści świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 1 jajko
  • 100gram masła
  • szczypta soli
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki zmielonych nasion kardamonu
  • 1 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru (ja użyłam ksylitolu)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Piekarnik nagrzać do 200st. 
Jedną pomarańczę obrać ze skórki i ostrym nożem powykrawać cząstki pozbawione błon, ew. sok przelać do miski. Drugą pomarańczę wycisnąć. Zblendować cząstki owocu i sok na gładko. Dodać rozpuszczone masło, wymieszać, a następnie dodać jajko, wszystko zmiksować. 
Suche składniki wymieszać w osobnej misce, a następnie szybko połączyć z mokrymi. Dorzucić żurawinę i lekko przemieszać łyżką. Napełnić foremki na muffiny i piec 20 minut.



10 grudnia 2015

Wigilijna kasza Kuba



Prababcia Helena pochodziła z Krosna. Umarła kiedy miałam 5 lat więc wspomnienia o niej są bardzo mgliste - pamiętam, że miała długie, siwe włosy spięte w kucyk, że była szczupła i że odsmażała ziemniaki na patelni, krojąc je w plasterki i przypiekając z dwóch stron. Niesamowite jest, to że ci, którzy odeszli, często zostają z nami w zwyczajach jakie wnieśli do rodzinnych tradycji. Co roku, w Wigilię, w moim rodzinnym domu obowiązkowym daniem jest kasza Kuba, którą robiła babcia Hela. Karpia może nie być, może być barszcz zamiast grzybowej, lub grzybowa zamiast barszczu, ale kasza musi-być. Zawsze. Zagadką rodzinną jest to, skąd ta potrawa, bez wątpienia pochodząca od czeskiego 'hubnika', przyrządzanego w rejonach Gór Orlickich trafiła do krośnieńskich przodków. W czasach kiedy internet i blogi kulinarne były fantastyką mógł to być przypadek, bądź nieznane mi ogniwo rodzinnej historii.
Moja mama od zawsze przygotowuje ją w ogromnym garze, tak, że po 8-10 osobowej wieczerzy wigilijnej zostaje jeszcze połowa, którą się dojada w pierwszy i drugi dzień świąt. Jak coś zostanie, to jest zamrażane. Pamiętam srogie zimy w dzieciństwie i przykryte garnki stojące na mrozie na balkonie, otulone puchatym kożuchem świeżego, bieluśkiego śniegu. Zawsze był tam garnek z kapustą i grzybami oraz garnek z kaszą. I absolutnie, ale to w żadnym wypadku nie robiło się tej kaszy w ciągu roku - mimo, że cała rodzina za nią tęskniła. W tym roku złamałam tradycję - na potrzeby tego posta zrobiłam kaszę Kuba w połowie grudnia ;-) Jest to danie o niepozornym wyglądzie - szarobure, nieciekawe w formie, jednak jego smak i zapach to coś co jest dla mnie esencją świątecznego nastroju - surowość jęczmienia, zapach czosnku i suszonych grzybów oraz masło, które nadaje kaszy muślinowej struktury - idealne comfort food na zimę. I choć dzisiaj kasza wyszła tak jak powinna, to wiem, że ta robiona na Wigilię będzie mi smakowała inaczej, wyjątkowo :)

Wigilijna kasza Kuba

10 porcji 

700g kaszy jęczmiennej (średnia mazurska, bądź perłowa)
1 kostka masła
1 upakowana szklanka suszonych grzybów
woda z moczenia i gotowania grzybów
4 ząbki czosnku
sól
świeżo mielony pieprz

Kaszę płukam raz, wkładam do garnka z grubym dnem i zalewam wodą tak, aby było jej więcej niż kaszy (około 2 cm ponad poziom kaszy), delikatnie solę, dodaję połowę podanej porcji masła i gotuję na małym ogniu, mieszając dokładnie co jakiś czas i sprawdzając czy nie przywiera do dna.
Namoczone grzyby zalane wodą stawiam w garnku na drugim palniku - w czasie gotowania kaszy kiedy płynu zaczyna powoli brakować dolewam po nalewce wody z grzybów (można użyć sitka aby odcedzić grzyby). Kiedy wody w garnku z grzybami zaczyna brakować dolewam wrzątku i dalej podlewam taką grzybową wodą gotującą się kaszę. Całą czynność powtarzam, aż kasza i grzyby będą ugotowane.
Pod koniec gotowania do kaszy dodaję roztarty czosnek, tak aby jeszcze chwilę się gotował - aby nie był surowy,  jednocześnie aby jego smak się nie wygotował. Grzyby mielę i wrzucam do kaszy, dodaję pozostałe masło, czarny pieprz i ewentualnie sól. Mieszam dokładnie i jeszcze chwilę podgrzewam.

Dokładnie tak przygotowywała tę kaszę moja prababcia, ale wiem, że taką kaszę można przygotowywać także w piecu, wypiekając ją z grzybami, widziałam także przepisy w których występuje majeranek bądź nie dodaje się masła. Jednak to już nie moja bajka :)


24 października 2008

Curry, makrela, kapary i garść wspomnień z dzieciństwa


Ciabattę pierwszy raz jadłam w Belgii. Goszcząc kilkanaście lat temu u mojej chrzestnej w Brukseli, jadłam nie tylko pyszną, pszenną ciabattę, ale także zapachy i kolory zachodu, które w Polsce na progu przemian były czystym luksusem. Dziś zapewne poszłabym w ślady Agnieszki, która z takim pietyzmem pozbierała wspaniałe pamiątki z europejskich podróży, dotknęła tych miejsc, które są charakterystyczne dla danych regionów, a próbowane potrawy mogłyby wyznaczyć swoistą mapę jej wojaży po Starym Kontynencie.
Wtedy jednak zachód mnie zaskoczył. Zaszokował. Ścisnął za gardło. Zobaczyłam ludzi spokojniejszych niż w Polsce, zadbanych, jakby bardziej zrelaksowanych. Dla mnie jako sześcioletniej dziewczynki znakiem luksusu były piękne pokoiki belgijskich rówieśników, kolorowe ubrania, fioletowe tacki z bananami w nieograniczonych kartkami ilościach, Kelloggsy na tony sypane do zimnego, śmietankowego mleka z kartonu, Coca-cola i Ice tea w puszkach..Mogłabym wymieniać godzinami.
Później spróbowałam rzeczy o których istnieniu mogłam nie mieć pojęcia. Marokańskiej zupy z baraniną i bulgurem. Szwajcarskiego fondue. Ciabatty.
Tę ciabattę pamiętam wyjątkowo. Kanapkę zrobioną przez moją ciocię z pastą rybną z curry, na śniadanie. Jej dom, taki poukładany, wygodny, ładny i spokojny. Wieczorne barbecue na które zapraszała rodzinę i znajomych. Pachnące kosmetyki na półce w łazience i puszyste ręczniki. Pralinki Leonidas trzymane pod językiem, rozpływające się w buzi.
To curry i inne "niespotykane" specjały przysyłała nam przez kilka lat do Polski, póki w naszych sklepach nie stały się towarem zupełnie zwyczajnym i ogólnodostępnym.
Sos Andaluzyjski, syrop de Liege i czekoladki przywozi nam do dziś :)
Nie wiem czemu o tym piszę. Może, żeby nie zapomnieć o moich artefaktach tych minionych czasów, o które miałam okazję zahaczyć swoim istnieniem.

Pastę próbowałam odtworzyć, nie mam dokładnego przepisu na ten konkretny smak sprzed lat. To co wpisuję poniżej jest najbliższe według mnie ideałowi.

Pasta z makreli i curry

1 średnia makrela wędzona
opakowanie serka kremowego naturalnego (150g) (Philadelphia, Almette)
1,5 łyżeczki musztardy
2 łyżeczki proszku curry
pieprz czarny
kilka kaparów z zalewy (w zależności od tego jak kwaśna jest musztarda - mniej więcej 8 sztuk)

Makrelę obrałam i wrzuciłam do miski, dodałam serek, musztardę, curry i pieprz oraz posiekane kapary - wygniotłam widelcem na jednolitą pastę. Mnie bardzo smakuję na śniadanie z ciabattą albo na grzankach, jako przekąska.