2 lutego 2019

Frytki z batatów



Początek stycznia rozkochał mnie w zimie. Spadł śnieg, chwycił mróz, mroźne poranki zaczęły zaskakiwać teksturami zmrożonych szyb i kałuż. Dwa tygodnie temu przytrafiła nam się prawdziwa szadź - kiedy zobaczyłam ten znaczek podkreślonej chmurki w pogodowej aplikacji w moim telefonie wiedziałam, że poranek będzie zjawiskiem. Dobrze, że posłuchałam intuicji i naładowałam baterię do aparatu.

Obudziłam się w innym świecie - w świecie z kryształu, z diamentowymi drzewami, z jednakowo białymi, matowymi samochodami jakby wyciągniętymi żywcem z programu do animacji 3D. Sunęłam powoli przez miasto w zachwycie, a za miastem zaparkowałam samochód pod lasem i poszłam fotografować.

Kiedy wróciłam ze zdjęć z przemarzniętymi palcami i nosem, pokroiłam jedną, wielką bulwę batata w łódeczki. Moje dzieci uwielbiają frytki z warzyw, więc rozgrzałam piekarnik i wrzuciłam na blachę batat z garam masalą i dorzuciłam korzeń pietruszki. W domu zrobiło się jeszcze cieplej od zapachu przypraw, a ja po raz kolejny w styczniu zakochałam się w zimie.




Frytki z batatów

  • 1 duża bulwa batata
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka przyprawy garam masala 
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej
  • sól, pieprz 
  • kilka kropel soku z cytryny
  • dowolny ser owczy(feta, bryndza)
  • łyżka nasion słonecznika

Batata obieramy i kroimy w łódeczki. Wrzucamy do miski, dodajemy oliwę i przyprawy, mieszamy.
Blachę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na nim kawałki batatów.
Pieczemy 30 minut w temperaturze 190 st.C.

Słonecznik prażymy na suchej patelni.

Upieczone bataty przekładamy na talerz, posypujemy słonecznikiem i pokruszoną fetą. Skrapiamy lekko sokiem z cytryny.




7 marca 2018

Ekspresowa fit owsianka z lnem




Kiedy byłam nastolatką w zimowe weekendy często spędzaliśmy na nartach w pobliskich Beskidach. Poranki przed wyjazdem były przyjemne i emocjonujące, a na stole zazwyczaj stała owsianka - niczym sok z gumijagód dla zapalonych narciarzy amatorów.

To były czasy: śnieg leżał od listopada do połowy marca, więc oprócz nart wystarczyło mieć trochę chęci i wolną sobotę aby poszaleć na stoku.. Pamiętam wieczory poprzedzające wyjazd i to, że nie mogłam spać z przejęcia. O świcie moja Mama stała w naszej blokowej, wąskiej kuchni i przelewała kawę przez filtr do termosu, a w garnuszku na piecu stała już owsianka. Rozgrzewająca, gęsta, robiona zawsze z grubych płatków owsianych, z odrobiną soli, do ktorej wsypywałam potajemnie łyżeczkę cukru. Wyjeżdżaliśmy najwcześniej jak się dało, aby jak najdłużej poszaleć w górach.

Cóż, czas płynie nieubłagalnie, śnieg zimą powoli staje się rzadkością, a ja mimo mojej sympatii do owsianki muszę spojrzec prawdzie w oczy: takich ilości jak wtedy nie mogę już jeść bezkarnie.
Dlatego stosuję fajny patent mieszając mniejszą ilość płatków z dużą ilością wody i zagęszczam moją owsiankę mielonym lnem. Len mielony ma masę pozytywnych właściwości, zawiera sterole, białko, kwasy organiczne, enzymy, sole mineralne, fitosterole i witaminę E.







Uwielbiam tę owsiankę w tym okresie przedwiośnia: potrzebuję jeszcze rozgrzewających śniadań, a jabłka są w zasadzie jednym z nielicznych sezonowych i lokalnych owoców, którymi można się teraz cieszyć w pełni. Dlatego doceniam bardzo jabłka bo urozmaicają wyjałowioną zimowym czasem kuchnię.

Owsiankę możecie także przygotować sobie w słoiku w formie sypkiej (płatki, len, sól, cynamon, ew. dodatkowo orzechy czy rodzynki) i zabrać ze sobą do pracy. Wystarczy później zalać wrzątkiem i położyć na wierzchu pokrojone jabłka - zdrowe śniadanie gotowe.

Fit owsianka z lnem

(1 porcja)

  • 30 g płatków owsianych górskich 
  • 1 łyżka mielonego lnu
  • pół szklanki wrzątku
  • sól
  • cynamon
  • obrane i pokrojone w kostkę jabłko
  • łyżeczka masła lub oleju


Płatki, len i sól wsypuję do szklanki, miski albo słoiczka. Zalewam wrzątkiem, mieszam i zostawiam aż płatki i len napęcznieją. W rondelku rozpuszczam masło, wrzucam cynamon i jabłko. Chwilę podsmażam, potem przykrywam rondelek i duszę parę minut, aż jabłko zmięknie, a następnie układam na wierzchu owsianki. Całość posypuję lekko cynamonem.




24 lutego 2018

Naleśniki jaglane







Zapasy mrożonych owoców topnieją na naszych owsiankach, pankejkach i omletach. Mój organizm sam z siebie domaga się ciepłych śniadań, a dzieciaki mogłyby jeść naleśniki na okrągło. Jako, że w połowie stycznia zmagaliśmy się z, zdawać by się mogło, niekończącym się przeziębieniem pszenny gluten w naleśnikach zamieniłam profilaktycznie na mąkę jaglaną, a moje dzieci bez zmrużenia okiem przeszły tę metamorfozę ich ulubionego dania - bardziej podejrzliwe były przy naleśnikach z mąki pełnoziarnistej, bo były ciemniejsze, a tutaj, proszę, jest pełna akceptacja. Albo nieświadomość, że to naleśniki bezglutenowe.

Do tych naleśników zalecam nieskazitelny teflon. Zresztą teflon powinien być nieskazitelny, jedna skaza i patelnia nie nadaje się do użytku, wiecie o tym? Ponadto ciasto za każdym razem przed wylaniem na patelnię mieszamy w misce łyżką - mąka jaglana szybko opada na dno. Ciasto będzie wydawało się rzadkie - ale to jest ok, woda odparuje i będziecie mogli delikatnie odwrócić gotowe placki. Uważajcie też na temperaturę patelni: to ciasto jest bardziej problematyczne niż pszenne więc trzeba z nim obchodzić się ostrożniej - ja smażę na średnio-wysokim stopniu na kuchni ceramicznej.



Naleśniki jaglane (bezglutenowe)

z tej porcji wyjdzie ok 5-6 naleśników

  • 3/4 szklanki mąki jaglanej
  • 3/4 szklanki wody
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • olej rzepakowy do smażenia

Jajka, mąkę i wodę miksujemy. Rozgrzewamy patelnię, smarujemy ją pędzlem namoczonym w oleju rzepakowym. Wylewamy niepełną nalewkę ciasta - ciasto może wydawać się bardziej wodniste niż tradycyjne ciasto na mące pszennej, to naturalne. Smażymy na średnim ogniu, aż woda odparuje i będzie się dało delikatnie podważyć naleśnik i obrócić. Przed nalaniem kolejnej porcji ciasto trzeba przemieszać, ponieważ mąka jaglana opada na dno. O tej porze roku kiedy w tradycyjnych spiżarniach królują jabłka, a nasze organizmy potrzebują rozgrzewających potraw, do tych naleśników polecam prażone jabłka z żurawiną i cynamonem.






Prażone jabłka z żurawiną

  • 3 jabłka obrane i pokrojone w kostkę
  • łyżeczka klarowanego masła
  • cynamon
  • łyżeczka soku z cytryny
  • garść mrożonej żurawiny (ew. suszonej, niesiarkowanej i niesłodzonej - wiecie, że sprzedawana w większości sklepów żurawina suszona jest zazwyczaj potwornie nasycona cukrem?)
  • ew. syrop klonowy lub miód
  • dodatki: pestki dyni, prażone migdały, suszone płatki róży

Masło rozpuszczam w rondelku, wrzucam cynamon i podgrzewam chwilę, wrzucam pokrojone jabłka, smażę, aż się przyrumienią. Dodaję żurawinę, sok z cytryny i przykrywam, duszę 6-8 minut, aż jabłka będą miękkie (w zależności od gatunku). Wyłączam gaz. Podaję z naleśnikami, polane odrobiną miodu lub syropu daktylowego. Cudownym dodatkiem do tego dania, zarówno wizualnie jak i smakowo są suszone płatki róż. 




3 stycznia 2018

Kokosowo-orzechowa granola bez cukru






Mam parę postanowień noworocznych, między innymi takie, które będą miały wpływ na moje zdrowie. Jednym z nich jest to, by uporać się z pociążowym nadbagażem, bo po dwóch ciążach w przeciągu 3 lat zdecydowanie mój układ kostno-szkieletowy błaga o ulżenie mu z nadmiaru ;) Tak więc zaczynam ten rok m.in. z krytycznym spojrzeniem na cukier - mogłabym to nazwać Krytyczne Spojrzenie na Cukier vol.28, bo nie pierwszy raz w życiu dochodzę do wniosku, że ta biała trucizna znowu rozpanoszyła się mimochodem w moim codziennym menu.

Z tej okazji chciałabym rozpocząć nowy rok na blogu przepisem na moją ulubioną granolę bez cukru. Kokos i cynamon dodają jej naturalnej słodyczy, jeśli jednak z jakiegoś powodu chcecie ją bardziej osłodzić to użyjcie miodu albo jakiegoś syropu (daktylowego, ryżowego) byle nie glukozowo-cukrowego :DDD Jest pyszna, sycąca i z racji tego że bardzo esencjonalna - 2-3 łyżki zdecydowanie wystarczą do porannego jogurtu - jest także kaloryczna, dlatego dobrze ją trzymać w solidnie zamykanym słoiku ;)


Kokosowo-orzechowa granola bez cukru

 

  • 3 szklanki płatków kokosowych (nie wiórków) 
  • 2 szklanki płatków owsianych górskich
  • 2 szklanki orzechów i nasion (pestki dyni, orzechy laskowe, pekan, włoskie, nerkowce)
  • 2 łyżki nasion chia
  • 4 łyżki oleju kokosowego extra virgin
  • opcjonalnie 1-2 łyżki płynnego słodzidła (syrop daktylowy, ryżowy, miód)

oraz: piekarnik, duża blacha, papier do pieczenia, miska, drewniana łyżka, duży słoik

  1. Piekarnik nagrzewamy do 140 st. C góra-dół bez termoobiegu. Płatki, nasiona, orzechy i chia mieszamy w misce, dodajemy płynny olej kokosowy i delikatnie wcieramy w mieszaninę tak aby za bardzo nie rozkruszyć płatków kokosowych.
  2. Rozkładamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w miarę możliwości jak najcieńszą warstwę. Ew. polewamy równomiernie cieniutką strużką płynnego miody/syropu.
  3. Pieczemy 15 minut, po tym czasie mieszamy delikatnie drewnianą łopatką i pieczemy jeszcze 10 minut lub do czasu aż płatki kokosowe będą lekko zrumienione.
  4. Przekładamy do szczelnie zamykanego słoika.
  5. Osoby na diecie uprzedzam, ze ta granola mimo tego, że zdrowa i niskowęglowodanowa to jest bardzo kaloryczna ze względu na tłuszcz z orzechów i nasion więc polecam dodać jej 2-3 łyżki do jogurtu i uzupełnić owocami sezonowymi (u mnie kawałek jabłka i żurawina mrożona).
  6.  







1 grudnia 2017

Pomarańczowe muffiny z żurawiną



Dla mnie zima jest wtedy, gdy spadnie ten pierwszy śnieg i wbije w zadziwienie tych, co kładli się spać w szarym mieście, a wstają pośród domów i drzew obsypanych śniegowym pudrem. Właśnie pada, od kilku dni biel próbuje zawładnąć krajobrazem.

Zima jest też wtedy, kiedy pomarańcze ze sponiewieranych daleką podróżą wiórowatych i gąbczastych piłek zamieniają się w słodkie kule, ciężkie od nadmiaru soku.

Już są, leżą w skrzynkach, na targowiskach; biały, zimny śnieg pada na ich jaskrawopomarańczowe, miłe w dotyku skórki, aż dziw bierze skąd one się tutaj wzięły, małe słońca w środku burej, miejskiej zimy. Przypominają mi święta, dziecięce marzenia, bo kiedy dostawałyśmy z moją siostrą prezenty mikołajkowe, moja Mama zawsze układała je pośród pomarańczy. Kiedy dom jeszcze spał my odpakowywałyśmy lalki, książeczki, nowe kredki i ubranka. Siedząc w łóżkach oglądałyśmy prezenty i obierałyśmy soczyste pomarańcze, ręce wycierając w piżamy.

Zimowe kontrasty niosą w sobie ukojenie. Gorąca herbata najlepiej smakuje w chłodne dni, rozgrzewające korzenne potrawy wtedy, gdy pożywienie staje się jałowe i skromne, a pomarańcze najlepiej smakują zimą. Dzisiaj więc zapraszam Was na pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem. 



Pomarańczowe muffiny z żurawiną i kardamonem

Składniki na 12 porcji
  • 2 pomarańcze
  • 2 duże garści świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 1 jajko
  • 100gram masła
  • szczypta soli
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki zmielonych nasion kardamonu
  • 1 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru (ja użyłam ksylitolu)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Piekarnik nagrzać do 200st. 
Jedną pomarańczę obrać ze skórki i ostrym nożem powykrawać cząstki pozbawione błon, ew. sok przelać do miski. Drugą pomarańczę wycisnąć. Zblendować cząstki owocu i sok na gładko. Dodać rozpuszczone masło, wymieszać, a następnie dodać jajko, wszystko zmiksować. 
Suche składniki wymieszać w osobnej misce, a następnie szybko połączyć z mokrymi. Dorzucić żurawinę i lekko przemieszać łyżką. Napełnić foremki na muffiny i piec 20 minut.



31 stycznia 2016

Domowe marshmallows i gorąca czekolada





Moje dzieciństwo to były lata osiemdziesiąte, czas marzeń i nieograniczonej, szalonej wyobraźni. To co teraz jest trendem i modą, ubrane w fajne słowa: slowlife, livefolk, minimalizm i handmade - w tamtych czasach było normalnością i często przymusem. Pamiętam jak Mama szyła ubranka dla mojej jedynej Barbie kupionej w Peweksie, jak normalną rzeczą było robienie zapasów na zimę i jedzenie sezonowych warzyw (bo truskawek i pomidorów nawet zimą nie było szans kupić - wspaniale!), człowiek był cały czas offline, a większość spotkań ze znajomymi to były domówki. Jeśli można było coś zrobić samemu - to po prostu się to robiło. Teraz patrzę na to z tęsknotą, ale wtedy z perspektywy dzieciaka marzyłam o plażach i palmach Beverly Hills 210, o supermarketach z wózkami do których można wkładać banany na fioletowych tackach, pudełka z płatkami śniadaniowymi i mleko w kartonie. A na kolację pić czekoladę z pianką...

 

 

Domowe marshmallows

Składniki:
  • 1/2 szklanki wody
  • łyżka żelatyny
  • szklanka cukru
  • duża szczypta soli
  • cukier puder
  • olej o naturalnym zapachu

Kwadratową ceramiczną lub szklaną formę smaruję cienko olejem i obsypuję cukrem pudrem.
Żelatynę namaczam w 1/4 szklanki zimnej wody (połowa podanej porcji), odstawiam.
Do rondelka wlewam pozostałe 1/4 szklanki wody, wsypuję cukier i stawiam na średnim ogniu, mieszam i podgrzewam aż cukier się rozpuści. Wtedy dodaję namoczoną żelatynę, chwilę mieszam a potem podkręcam ogień do maksimum, przestaję mieszać  i gotuję 1 minutę lub do czasu, aż mieszanina nie osiągnie temperatury 110 st. C ( metoda z termometrem jest pewniejsza).
Od razu zestawiam z pieca i przelewam do miski. Zostawiam na 5 minut.
Dodaję sól i zaczynam miksować na wolnych obrotach przez 2 minuty, aż mieszanina się zacznie pienić. Następnie miksuję na najwyższych obrotach przez 10-15 minut, do podwojenia objętości i do momentu, aż masa będzie puszysta. Przekładam ją do ceramicznej formy, wygładzam szpatułką (można ją posmarować olejem gdyby się bardzo kleiła) i odstawiam na minimum 3 godziny do stężenia. Po tym czasie wyjmuję masę z formy, posypuję cukrem pudrem i kroję na kwadraty lub wycinam kształty foremkami do ciastek.

Czekolada na gorąco - przepis podstawowy

Składniki na 4 filiżanki lub 2 kubki

  • tabliczka gorzkiej czekolady dobrej jakości
  • 1 łyżeczka naturalnego kakao
  • 500 ml mleka

Mleko podgrzewam. Czekoladę i kakao wkładam do malaksera i miksuję na proszek. Mój malakser ma dzbanek odporny na wysoką temperaturę więc zalewam czekoladę gorącym mlekiem i miksuję jeszcze chwilę, można też proszek przesypać do gorącego mleka i pozwolić aby składniki się połączyły. Czekoladę przelewam do filiżanek i podaję gorącą z piankami marshmallows.


Czekolada na gorąco -  4 wariacje smakowe

Oto 4 propozycje modyfikacji podstawowego przepisu:

Czekolada z chilli i cynamonem
Przez 10 minut podgrzewam mleko z kawałkiem cynamonu i papryczką chilli przekrojoną na 3 kawałki. Odstawiam gorące na kolejne 10 minut aby przeszło aromatem przypraw. Zanim wymieszam mleko z czekoladowym proszkiem odcedzam je przez sito.

Czekolada z masłem orzechowym
Do mikstury dodaję 3 łyżki masła orzechowego i szczyptę soli.

Czekolada piernikowa
Do mikstury dodaję łyżeczkę syropu klonowego i łyżeczkę przyprawy do piernika.

Czekolada lawendowa
Ciemną czekoladę zastępuję białą, nie używam wtedy kakao, mleko podgrzewam przez 10 minut z łyżeczką kwiatów lawendy i odstawiam na 10 minut. Odcedzam i zalewam gorącym mlekiem zmiksowaną czekoladę.







Przepis na domowe marshmallows zawdzięczam I am a food blog


22 stycznia 2016

Zimowa zupa jarzynowa



Ta zupa to jedno z kilku odkryć, których dokonałam czytając swego czasu bardzo niepozorną książkę Mireille Guiliano "Francuzki nie tyją". Kilka lat temu kiedy ją kupiłam byłam przekonana, że, jak to w książkach o dietach, nic smacznego tam nie znajdę. Trochę się myliłam.
Jest to w zasadzie książka opisująca filozofię i podejście do jedzenia wg tytułowych francuzek, raczej nie jest to fitnesowa pigułka w stylu aktualnych gwiazd siłowni. Tak czy inaczej książkę o Francuzkach czyta się bardzo przyjemnie, mogłabym powiedzieć, nieśpiesznie, a przepisy które podaje w niej autorka są bardzo proste. Zainspirowała mnie ona do kilku dań, które na stałe weszły do mojego repertuaru takich jak tagliatelle z cytryną i masłem, ananas pieczony z kozim serem czy jarzynowa zupę "de Maman", czyli od Mamy. To co jest na pewno wspólnym mianownikiem tych dań to to, że są bardzo proste, ale też bardzo umiejętnie skomponowane (to zresztą domena francuzów, pisze o tym także David Lebovitz w książce "Moja kuchnia w Paryżu", którą dostałam pod choinkę i którą aktualnie czytam).
Od tego czasu zdarzyło mi się trafić jeszcze na parę pozycji ocierających się o temat "fit" (przymierzam się teraz do "Superfoods" Jamiego Oliviera), ale żadna nie przypadła mi o gustu tak bardzo jak książka Mireille Guiliano, może dlatego, że nie podaje ona gotowca na to jak w ciągu doby zmienić schematy żywieniowe, w których się żyło przez lata. A przecież w złych nawykach żywieniowych tak naprawdę nie o jedzenie chodzi..

Soupe aux legumes de Maman jest wg autorki zupą ponadsezonową, w zimie trzeba ją jeść na gorąco, w lecie można potraktować ją jak chłodnik. Dla mnie to zupa zimowa, gęsta, przecierana i bardzo sycąca mimo niewielkiej ilości tłuszczu. A żeby było fitnesowo dobrze do niej zjeść jakieś białko ;-) 

 

 

Zimowa zupa jarzynowa

składniki na 8 porcji

  • 2 ziemniaki
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 pory
  • 1 mała główka kapusty
  • 1 seler
  • 1 rzepa / rzodkiew
  • 2 puszki pomidorów
  • 4 marchewki
  • 50g masła
  • 2 liście laurowe
  • 2 gałązki natki pietruszki
  • 2 gałązki świeżego tymianku
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól
  • świeżo mielony pieprz
opcjonalnie do podania: kwaśna śmietana / creme fraiche / jogurt 
zupę można także podać z plastrem usmażonego chrupiącego bekonu lub pokrojoną cienko i podsmażoną ulubioną kiełbasą

Ziemniaki pokroić na kawałki, cebulę obrać i pokroić w ćwiartki, włożyć do garnka i zalać wodą tak aby przykryła warzywa, dodać czosnek, sól i pieprz i gotować do miękkości. 
Pozostałe warzywa pokroić na nieduże kawałki (2cm). W dużym garnku rozpuścić masło, wrzucić pokrojone warzywa i dusić przez 5-7 minut aż puszczą soki, często mieszając. Wlać ziemniaki z cebulą i czosnkiem razem z wodą, w której się gotowały zalać całość wodą tak aby przykryła wszystkie warzywa. Wrzucić pietruszkę, tymianek i liście laurowe. Gotować, aż warzywa będą miękkie. 
Wyjąć liście laurowe. Odlać trochę wody z gotowania (około szklanki) i zachować. Warzywa z pozostałą wodą zmiksować, jeśli będzie potrzeba rozrzedzić zupę zachowaną wodą do pożądanej konsystencji. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Podawać ciepłą z łyżką śmietany lub jogurtu. 



19 stycznia 2016

Krem z zielonego groszku



Jedni twierdzą, że Blue Monday już za nami, inni że to dopiero w przyszłym tygodniu, prawda jest taka, że aura za oknem nie sprzyja napadom euforii i energetycznemu nastawieniu do świata. Cliff Arnall, który opracował algorytm obliczania tego najbardziej depresyjnego dnia w roku uwzględnił w swoich kalkulacjach czynniki meteorologiczne, psychologiczne i ekonomiczne, ja do tego dopisałabym kulinaria, wszak ten czas w roku jest najbardziej szaroburym jeśli chodzi o kolorystykę sezonowych i lokalnych warzyw i owoców. Z sezonowych warzyw w kolorze zielonym w zasadzie to został już tylko jarmuż, por i brukselka.

Do zup najbardziej przekonuję się zimą. Nie ma nic lepszego niż garnek gęstej, pożywnej zupy, którą można zjeść zarówno jako obiadowe danie, albo, po nalaniu do kubka, potraktować jako szybki lunch, gdy nadmiar pracy nie pozwala ruszyć się od komputera.
W wersji letniej najlepszy jest z miętą, w wersji zimowej, robiony z mrożonego groszku rozgrzewa dzięki przyprawom. Zielona zupa może być świetnym antidotum na zimowego doła - zielony to w końcu kolor nadziei!

Zimowy krem z zielonego groszku

Składniki na 4-5 porcji

  • 1 szalotka
  • 1/2 białej część pora
  • 1 duża łodyga selera naciowego
  • 1/2 batata
  • 1 cm kawałek imbiru 
  • 2 łyżki oliwy
po dużej szczypcie:
  • mielonej kolendry
  • kuminu
  • kardamonu
  • cynamonu 
  • gałki muszkatołowej
  • mała szczypta chilli (pieprzu kajeńskiego)
  • 1 paczka mrożonego groszku (450g)
  • 1 l bulionu warzywnego
  • sól i pieprz
Uwaga: jeśli nie macie tych wszystkich przypraw pod ręką można użyć niecałej łyżeczki przyprawy curry

Szalotkę i pora drobno siekam, seler kroję na niewielkie kawałki, batat w niedużą kostkę.
Rozgrzewam w rondlu oliwę i podsmażam na niej najpierw szalotkę i por, wrzucam przyprawy i imbir i mieszam na średnim ogniu, aż cebula się zeszkli, a por zmięknie, uważając aby się nie przypaliły.
Wrzucam seler oraz batata, podsmażam kilka minut a następnie wsypuję groszek, mieszam i duszę kilka minut, aż smaki się połączą. Wlewam bulion i gotuję na średnim ogniu 20 minut, aż wszystkie warzywa oraz groszek będą miękkie. Miksuję na gładki krem (ja dodatkowo przecieram krem z groszku przez sito, by pozbyć się delikatnych łusek z groszku, których nie lubi moje dziecko, ale nie jest to konieczne). Podaję saute lub z dodatkiem łyżeczki mascarpone lub słodkiej śmietanki. Różowy pieprz pięknie się komponuje z zielonym groszkiem, więc jeśli macie to nie wahajcie się go użyć.

11 grudnia 2015

Lussebullar - szafranowe bułeczki






W tym roku zima jest łagodna i ciepła, ale jej zaborczy charakter wychodzi właśnie teraz, kiedy słońca jest tak niewiele, a dzień ledwie się zaczął, już się kończy. Kiedy przychodzi świt widzę jak na jednym skraju nieba jest jeszcze granatowo i pali się kawałek księżyca oraz jakaś mocna gwiazda (bądź satelita), a na dole, od horyzontu zaczyna wlewać się fioletowo-pomarańczowy brzask. Teraz ten świt zaczyna się później, wskakuje na scenę, w ostatniej chwili, sekundę przed tym nim zgasną miejskie latarnie. I ledwie odhaczę kilka zadań z terminarza, a jedząc obiad widzę swoje odbicie w kuchennej szybie, bo znowu jest noc.

Szwedzi mają gorzej :) U nich to dopiero jest teraz ciemno. Z tej okazji od setek lat obchodzą święto, kiedyś pogańskie, potem chrześcijańskie, które symbolizuje rozświetlenie tych okropnych, grudniowych mroków. Geneza uroczystości jest dosyć zawiła i pomieszana, dosyć wspomnieć, że patronką tego dnia, bo o 13 grudnia mowa, jest chrześcijańska święta, Łucja z Syrakuz, która umarła męczeńską śmiercią za wiarę w Jezusa Chrystusa, wcześniej tracąc wzrok w dosyć drastyczny sposób. W Szwecji, w Dzień św. Łucji, dziewczynki przebierają się w białe zgrzebła przepasane taśmą bądź sznurem w kolorze czerwonym, który symbolizuje śmierć męczeńską. Niosą ze sobą światło świec i śpiewają adwentowe pieśni, a o świcie podają tace pełne żółciutkich, szafranowych bułek z rodzynkami, nazywanych Lussebullar albo Lussekatter, które Szwedzi jedzą tego dnia w towarzystwie kawy, gloggu bądź czekolady.

Ja przygotowuję ciasto na te szwedzkie bułeczki dzień wcześniej, odstawiam na noc do lodówki, tak, że rano mogę formować małe, podwójne ślimaczki z rodzynkami i podawać je od razu do porannej kawy. Możecie też wykorzystać przepis na Lussebullar w standardowy sposób, pozwalając ciastu wyrastać dużo krócej i nie w lodówce ale w ciepłym miejscu. Spróbujcie, być może zapach szafranu i kawy umili Wasz grudniowy poranek.




 

Lussebullar - adwentowe, szafranowe bułeczki na Dzień św. Łucji


15-18 sztuk
czas przygotowywania: w sumie 40 minut
czas wyrastania ciasta: całą noc lub 1-1,5 godziny
czas wyrastania uformowanych bułek: niepełna godzina
czas pieczenia: 11 minut

Składniki:
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/2 łyżeczki nitek szafranu
  • 75g cukru
  • 7g (1 paczka) drożdży instant
  • 500g mąki
  • 1/2 łyżczki soli
  • 1/4 kostki miękkiego masła (50g)
  • 2 kopiaste łyżki serka homogenizowanego, naturalnego
  • 2 jajka
  • rodzynki
  • oraz jajko roztrzepane z łyżką mleka do posmarowania bułeczek

Wieczorem:
Szafran roztarłam w moździerzu z łyżeczką cukru. Mleko podgrzałam w rondelku z roztartym szafranem, aż się zapieniło. Zdjęłam rondelek z ognia i zostawiłam na parę minut aby mikstura przestygła i by była ciepła ale nie parzyła w palec. Do ciepłego mleka wsypałam drożdże i zostawiłam na 10 minut.
W dużej misce wymieszałam mąkę, pozostały cukier oraz sól. Zrobiłam w środku dołek w który wlałam mleczną miksturę oraz pozostałe składniki, prócz rodzynek: jajka, masło i serek. Zagniotłam ciasto i wyrabiałam, aż było miękkie, elastyczne i gładkie, o lekko klejącej strukturze. Nie musiałam dosypywać mąki i radzę powstrzymać się z tym jak najdłużej, ponieważ ciasto na początku będzie się kleić, a w miarę wyrabiania stanie się zwarte. W razie gdyby było naprawdę luźne można dosypywać po trochu mąki (maksymalnie 40g powinno wystarczyć). Wyrabiałam ciasto ręcznie około 6-8 minut - oczywiście można to zrobić przy pomocy miksera z hakiem. Następnie włożyłam je spowrotem do miski i przykryłam folią. Ciasto odpoczywało przez noc w lodówce (lub jeśli nie chcecie go odstawiać na noc i zrobić bułki od razu to zostawcie w ciepłym miejscu do podwojenia objętości, około 1-1,5 godziny).

Rano:
Ciasto przełożyłam na blat, odgazowałam i przez chwilę zagniatałam. Uformowałam długi walec z którego odcinałam po kawałku ciasta. Z takiego kawałka (ważącego ok 50-60g lub wielkości małej mandarynki) formowałam wężyk o długości ok. 20cm, a następnie zwijałam go z obu stron do środka - tak by spirala na każdym końcu była zwinięta w przeciwnym kierunku. Powstałe w ten sposób bułeczki kształtem powinny przypominać cyfrę 8, bądź zwiniętą ciasno literę S. Bułeczki przekładałam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, przykryłam folią i zostawiłam na niepełną godzinę, w ciepłym miejscu, aby podwoiły objętość.

Piekarnik nagrzałam do 210 st. C. Wyrośnięte bułki posmarowałam rozmąconym jajkiem, a w środek każdej spirali mocno wcisnęłam rodzynkę. Piekłam bułeczki 11 minut. Po wyjęciu z piekarnika trzeba poczekać 5 minut, a potem można jeść :-) Są doskonałe do kawy albo gorącej czekolady.












Początkowo korzystałam z przepisu SimplyRecipes, jednak zmodyfikowałam go na swoje potrzeby.

10 grudnia 2015

Wigilijna kasza Kuba



Prababcia Helena pochodziła z Krosna. Umarła kiedy miałam 5 lat więc wspomnienia o niej są bardzo mgliste - pamiętam, że miała długie, siwe włosy spięte w kucyk, że była szczupła i że odsmażała ziemniaki na patelni, krojąc je w plasterki i przypiekając z dwóch stron. Niesamowite jest, to że ci, którzy odeszli, często zostają z nami w zwyczajach jakie wnieśli do rodzinnych tradycji. Co roku, w Wigilię, w moim rodzinnym domu obowiązkowym daniem jest kasza Kuba, którą robiła babcia Hela. Karpia może nie być, może być barszcz zamiast grzybowej, lub grzybowa zamiast barszczu, ale kasza musi-być. Zawsze. Zagadką rodzinną jest to, skąd ta potrawa, bez wątpienia pochodząca od czeskiego 'hubnika', przyrządzanego w rejonach Gór Orlickich trafiła do krośnieńskich przodków. W czasach kiedy internet i blogi kulinarne były fantastyką mógł to być przypadek, bądź nieznane mi ogniwo rodzinnej historii.
Moja mama od zawsze przygotowuje ją w ogromnym garze, tak, że po 8-10 osobowej wieczerzy wigilijnej zostaje jeszcze połowa, którą się dojada w pierwszy i drugi dzień świąt. Jak coś zostanie, to jest zamrażane. Pamiętam srogie zimy w dzieciństwie i przykryte garnki stojące na mrozie na balkonie, otulone puchatym kożuchem świeżego, bieluśkiego śniegu. Zawsze był tam garnek z kapustą i grzybami oraz garnek z kaszą. I absolutnie, ale to w żadnym wypadku nie robiło się tej kaszy w ciągu roku - mimo, że cała rodzina za nią tęskniła. W tym roku złamałam tradycję - na potrzeby tego posta zrobiłam kaszę Kuba w połowie grudnia ;-) Jest to danie o niepozornym wyglądzie - szarobure, nieciekawe w formie, jednak jego smak i zapach to coś co jest dla mnie esencją świątecznego nastroju - surowość jęczmienia, zapach czosnku i suszonych grzybów oraz masło, które nadaje kaszy muślinowej struktury - idealne comfort food na zimę. I choć dzisiaj kasza wyszła tak jak powinna, to wiem, że ta robiona na Wigilię będzie mi smakowała inaczej, wyjątkowo :)

Wigilijna kasza Kuba

10 porcji 

700g kaszy jęczmiennej (średnia mazurska, bądź perłowa)
1 kostka masła
1 upakowana szklanka suszonych grzybów
woda z moczenia i gotowania grzybów
4 ząbki czosnku
sól
świeżo mielony pieprz

Kaszę płukam raz, wkładam do garnka z grubym dnem i zalewam wodą tak, aby było jej więcej niż kaszy (około 2 cm ponad poziom kaszy), delikatnie solę, dodaję połowę podanej porcji masła i gotuję na małym ogniu, mieszając dokładnie co jakiś czas i sprawdzając czy nie przywiera do dna.
Namoczone grzyby zalane wodą stawiam w garnku na drugim palniku - w czasie gotowania kaszy kiedy płynu zaczyna powoli brakować dolewam po nalewce wody z grzybów (można użyć sitka aby odcedzić grzyby). Kiedy wody w garnku z grzybami zaczyna brakować dolewam wrzątku i dalej podlewam taką grzybową wodą gotującą się kaszę. Całą czynność powtarzam, aż kasza i grzyby będą ugotowane.
Pod koniec gotowania do kaszy dodaję roztarty czosnek, tak aby jeszcze chwilę się gotował - aby nie był surowy,  jednocześnie aby jego smak się nie wygotował. Grzyby mielę i wrzucam do kaszy, dodaję pozostałe masło, czarny pieprz i ewentualnie sól. Mieszam dokładnie i jeszcze chwilę podgrzewam.

Dokładnie tak przygotowywała tę kaszę moja prababcia, ale wiem, że taką kaszę można przygotowywać także w piecu, wypiekając ją z grzybami, widziałam także przepisy w których występuje majeranek bądź nie dodaje się masła. Jednak to już nie moja bajka :)


6 grudnia 2015

Piernikowe muffiny z szafranem

 


Końcówka zabieganego, emocjonującego tygodnia:
- Mamo, a co upieczesz na Mikołajki?
- ?
- No przecież mieliśmy coś przynieść...
Na zegarku godzina do wyjścia. Na szczęście są jeszcze muffiny, idealny wynalazek dla zabieganych.

Te muffiny to potrzeba chwili. Są aromatyczne i proste, a szafran nadaje im ładniejszego odcienia szarości.


Piernikowe muffiny z szafranem

12 sztuk

Składniki suche:
  • 1 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2  szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1/2 szklanki otrębów
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • szczypta szafranu
  • szczypta soli 
  • otarta skórka z 1/2 cytryny
Składniki mokre:
  • 1 jajko
  • 250 ml mleka 
  • szczypta szafranu
  • 70g masła
  • kopiasta łyżka jogurtu naturalnego

Piekarnik rozgrzewam do 190 st.C.
Formę do muffinów (na 12 sztuk) wykładam papilotami.
Składniki suche mieszam w misce.
Rozpuszczam masło, wlewam do osobnej miski razem z mlekiem i szafranem, dodaję jajko i jogurt. Mieszam dokładnie.
Łączę zawartość obu misek, mieszając szybko, niezbyt dokładnie, tak aby tylko połączyć składniki suche z mokrymi. Przekładam od razu do foremek i wkładam do piekarnika. Muffiny muszą się piec 25 minut. 




























30 grudnia 2008

Keks świąteczny




Kuchenna szafka pęka w szwach. Bakalie nęcące swoją słodyczą i zasuszonym pod skórką słońcem, orzechy laskowe i włoskie smakowicie grzechoczące w tekturowych pudełkach, wanilia zatopiona w słoju z cukrem - przez najbliższe tygodnie chyba nadal nie wyjdę z kuchni!
W tym roku kompletnie przeliczyłam się z czasem i zrobiłam zakupy przedświąteczne zupełnie nieadekwatne do czasu, jakim dysponuję. W sumie to mogę to usprawiedliwić jedynie tym, że w kwestii bycia mamą ciągle się uczę i tak naprawdę ciągle robię jakieś błędy.
Keks, w którego w tym roku napakowałam niemożliwą ilość bakalii, wyszedł wspaniale (dzięki wspaniałemu przepisowi tak naprawdę). Kiedy się piekł ja co chwilę do niego zaglądałam przez przypaloną szybkę mojego starego, gazowego piecyka, obawiając się tego, iż jednak przesadziłam z ilością bakalii i ciasto nie uniesie takowego ciężaru. Ciasto poradziło sobie świetnie. Co więcej, zawinięte w folię i odłożone na półkę jest jeszcze lepsze po tygodniu - przesiąknięte aromatem bakalii, esencjonalne i ciężkie.
Ja za rok nie popełnię takiego błędu i upiekę keksy w liczbie nie dwóch a raczej czterech, i nie dzień przed Wigilią a tydzień przed, aby ciasto mogło spokojnie dojrzeć.

Na zdjęciu ciasto krojone, kiedy było jeszcze świeże.
Po tygodniu keks ma cudowną, zwartą i esencjonalną strukturę...mmm!



Oto przepis na prosty i pyszny keks świąteczny: 

Keks świąteczny

oryginalny przepis pochodzi stąd
zamiast margaryny używam w tym przepisie masła oraz cukru z prawdziwą wanilią

3/4 szklanki wody
1 1/3 szklanki cukru
2 torebki cukru waniliowego (dodałam cukier z wanilią)
250g masła
2 1/2 - 3 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
bakalie (najlepiej niesiarkowane: dodałam figi, morele,śliwki, orzechy laskowe (duużo) i włoskie, rodzynki, skórkę pomarańczową, suszone żurawiny, kilka pokrojonych daktyli)

Wodę zagotowałam z cukrem i cukrem waniliowym, póki się nie rozpuściły. Do gorącego syropu dodałam masło i poczekałam, aż się rozpuści. Po ostygnięciu tej mieszaniny wsypałam mąkę, dodałam żółtka i proszek do pieczenia. Dokładnie wymieszałam. Bakalie pokroiłam i obtoczyłam w mące ziemniaczanej, wsypałam do ciasta i wymieszałam. Białka dobrze ubiłam i delikatnie wymieszałam łyżką z ciastem.
Gotowe ciasto nakładałam do 2 keksówek wysmarowanych masłem i wysypanych bułką.
Piekłam 1 godzinę w piekarniku nagrzanym do 170-180 st. Celsjusza.

Po upieczeniu ostudziłam ciasto, obsypałam cukrem pudrem i zawinęłam w folię. Najlepiej smakują kawałki, które przetrwały tydzień. Dłużej leżakowanego keksu w tym roku już raczej nie będziemy mieć okazji degustować :)

27 grudnia 2008

Kapusta i groch


W naszej rodzinie tak się już utarło, że większość wigilijnych potraw rezerwujemy tylko i wyłącznie na czas świąt.
Jedną z tych potraw jest kapusta z grochem i grzybami, i chociaż składniki są ogólnodostępne przez dłuższy okres w roku to tradycja jakoś powstrzymuje nas od nadmiernego eksploatowania tej pysznej potrawy.
Ja lubię kapustę miękką, groch ugotowany już do miękkości ale jeszcze nie rozpadający się, a grzyby drobno posiekane. Jadałam już wigilijne kolacje w kilku domach i wiem, że kapusty z grochem i grzybami jest tyle ile rodzinnych tradycji, dlatego uważam, że to jest najpiękniejsze w świątecznym gotowaniu - odtwarzanie potraw według wszystkich szczegółów, konsystencji, rozdrobnienia, miękkości, tak jakby się chciało odtworzyć smaki rodzinnego domu, dzieciństwa i babcinej kuchni. Zawsze wtedy dochodzę do wniosku, że jednak jedzenie jest właśnie takie: nierozerwalnie związane z naszymi najcieplejszymi wspomnieniami, młodością i miłością.
Dzisiaj podaję przepis na wersję wigilijnej kapusty wg mojej Mamy.

Kapusta z grochem i grzybami

• 1 kg kapusty kiszonej
wypłukać, odcedzić, pokroić i przełożywszy do dużego garnka ugotować do miękkości.

• 1/2 kg grochu łuskanego (żółty, połówki)
zalać wodą i moczyć przez minimum 2 godziny. Następnie włożyć do garnka z grubym dnem i ugotować do miękkości, mieszając co jakiś czas i uważając aby się nie przypalił. Groch powinien być tak miękki, żeby duża część, powiedzmy połowa się rozpadała, ale aby część wciąż pozostawała w całości (ale i tak musi być bardzo miękki, bo po dodaniu do kapusty, w kontakcie z kwasem solnym groch już nie zmięknie). Wrzucić do garnka z kapustą.

• suszone grzyby
umyć, dobrze ugotować, wodę z grzybów odlać do kapusty a grzyby pokroić lub zmielić (u nas się drobno sieka lub mieli). Na te proporcje powinno się dodać 3/4 szklanki ugotowanych i pokrojonych grzybów. Grzyby dodać do kapusty i grochu.

Całość posolić, dodać świeżo mielony czarny pieprz i ćwiartkę lub połówkę kostki masła, aby kapusta nabrała aksamitnej konsystencji i dokładnie wymieszać.

25 grudnia 2008

Piernikowe Atelier

Kuchenna pracowniaMoje wariacje nt piernikowego aniołka
Polubienie pierników zajęło mi kilkanaście lat. Może gdybym od początku próbowała tych prawdziwych, gdybym wiedziała jak powstają to szybciej bym je polubiła.
Bo same w sobie pierniki nie należą do mojej strefy smakowej - są to ciastka ostre z natury, o bardzo wyrazistym smaku, dosyć ciężkim i bezkonkurencyjnym.
W tym roku poznałam się z piernikami pierwszy raz osobiście. Sama robiłam ciasto kilka miesięcy wcześniej - rozpuściłam miód, cukier i tłuszcz w wielkim rondlu, leniwie mieszając wpatrywałam się w złocisty płyn słuchając rozmowy męża z naszymi przyjaciółmi. Był jesienny, październikowy wieczór, w naszej brzydkiej i ciasnej kuchni unosił się wyrazisty zapach korzennych przypraw i równie ostrej dyskusji.
Kiedy wsypywałam mąkę i zagniatałam lepkie ciasto myślałam o mojej piernikowej inwestycji, która miała dojrzewać schowana w czeluściach lodówki przez kolejne tygodnie. Myślałam o tym jakie będą te święta, ta wigilia. Do tej pory wszystkie były błogosławione, Bóg pozwolił abyśmy co roku spotykali się w pełnym składzie odkąd pamiętam: ja, moja siostra, rodzice i dziadkowie od strony mamy. Dwa lata temu dołączyli do nas mój mąż ze swoją mamą ale to ten, 2008 rok był pierwszym od kilkunastu lat takim wyjątkowym, kiedy do wigilijnego stołu mogliśmy dostawić fotelik naszej malutkiej córeczki.
Jest coś wzniosłego w rzeczach skrajnych: tych pierwszych i ostatnich, szczególnie zaś w pierwszych o ile uświadomimy sobie to odpowiednio wcześniej.
Ja przywiązuję do tego ogromną wagę, trzymam głęboko w sercu te najważniejsze premiery. Dlatego tak wzruszające są te święta, pierwsze takie rodzinne bo z dzieckiem ale i pełne niedoskonałości, choćby jak ta nasza choinka, której miało w ostatniej chwili zabraknąć i której za żadne pieniądze nie dało się już u nas kupić w przeddzień wigilii. Nie zapomnę nigdy mojego męża, który w Wigilijny poranek gdzieś w pobliskiej kwiaciarni odkupił "wystawową", maleńką i przerzedzoną choineczkę, na drewnianym zgrzebnym stojaku, taką skromną i wzruszającą.
Cieszę się już tymi wspomnieniami: córeczką wpatrzoną w tą skromną choinkę, ciepłem wigilijnego wieczoru, radością z jaką pakowałam w paczuszki ozdobione pierniki, by wieczorem, po kolacji wręczyć je tym, których kocham..


Pieczenie i zdobienie pierników to praca tak wdzięczna, że moim zdaniem zasługująca na wyjątkowe miejsce w kanonie rodzinnych tradycji. Na ten moment kuchnia zamieniła się w prawdziwą pracownię rzemieślniczą i choć jestem w tej dziedzinie debiutantką to już zdąrzyłam się baardzo polubić z piernikami :)



Pierniki (ciasto dojrzewające)
przepis podany przez Silije

1 kg mąki
1/2 litra miodu
2 szklanki cukru
1 kostka smalcu
1/2 szklanki mleka
3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
3 jajka
szczypta soli
1 torebka gotowej przyprawy do pierników
plus dodatkowo: imbir, cynamon, gałka muszkatołowa, kardamon, mielone goździki

Do dużego rondla włożyłam miód, cukier i tłuszcz i postawiłam na małym ogniu aby składniki się rozpuściły i utworzyły jednolitą, złocistą masę. Następnie zdjęłam z ognia i pozwoliłam aby masa ostygła. Dodałam mąkę, jajka, sodę rozpuszczoną w chłodnym mleku, szczyptę soli oraz przyprawy. Zagniotłam lepkie ciasto rękoma i przełożyłam do miski. Owinęłam folią, w której zrobiłam kilka dziurek i odstawiłam na 2 miesiące (minimum to 4 tygodnie).
Kiedy ciasto dojrzewa staje się zwarte i przestaje się tak bardzo kleić.
Przed pieczeniem wyjęłam je z lodówki, rozwałkowałam i wycinałam foremkami pierniczki, które następnie piekłam w temperaturze 180 st. przez 10-15 minut.
Po wyjęciu z pieca pozwalałam aby lekko stygły i tężały na blaszce, a następnie studziłam ostatecznie na kratce.
Część dekorowałam od razu lukrem zrobionym ze szklanki przesianego cukru pudru marki Kupiec (podaję markę, bo to jedyny cukier puder, który w postaci lukru nie odpada i nie kruszy się tak bardzo) i jednego białka. Całość ubijałam 15 minut, aby lukier był gładki i błyszczący.
Już teraz wiem, ze kolejne, przyszłoroczne pieczenie pierników, będzie świetną zabawą dla naszej całej rodziny :)