29 sierpnia 2019

Sielskie wakacje [oraz przepisy na szakszukę i na pizzę]






Ostatnie dni wakacji

Ostatnie dni wakacji zawsze wydają się być takie intensywne. Miasto zakorkowane od rana, upalne dni, więc i plan dnia dostosowany do zbliżającej się fali gorąca - trzeba zdążyć zrobić jak najwięcej rano, zanim przytłoczy nas temperatura.
Na biurku w pokoju córki już stoją rządki podpisanych zeszytów, piórnik wypełniony naostrzonymi ołówkami i plecak. Od tygodnia staramy się być już w rutynie tygodniowej, więc ja wstaję pół godziny przed dziećmi, piję ciepłą kawę, mam chwilę na oddech, modlitwę, zebranie myśli w jedną całość, konstrukcję, którą będę w ciągu dnia musiała przebudowywać parę razy, bo przy małych dzieciach zakładka błędu jest spora.

W tych momentach porannego zawieszenia będę otwierać zawekowane wspomnienia wakacji i wdychać namiastkę ich prawdziwego aromatu. Cały zeszły rok wspominałam Chorwację, zapach morza, smak fig i soli na opalonej skórze. Teraz jest ten moment, dokładnie ta pora, o której wyjeżdżaliśmy rok temu nad Adriatyk - ten sam układ słońca, to samo światło, ten sam zgiełk zakorkowanego miasta na kilka dni przed pierwszym, szkolnym dzwonkiem. W tym roku nie pojechaliśmy na utęsknione południe, za to spędziliśmy prawie 3 tygodnie pośród polskich wzgórz.






Kotlina Kłodzka

Pierwszy niecały tydzień to była Kotlina Kłodzka, którą odwiedziłam po raz pierwszy. Tak piękna, jak mi się wyobrażało, taka tajemnicza, o jakiej czytałam w książkach Olgi Tokarczuk.
W wynajętym dla całej naszej grupy przyjaciół gospodarstwie spędziliśmy kilka zwolnionych chwil, jedząc niespieszne śniadania na tarasie z widokiem na wzgórza i zarośnięte, zielone kotlinki.
Królowały owsianki z owocami, jajecznice i baronowa slowfoodowych śniadań: szakszuka.
Niezwykłe móc jeść śniadanie pośród bliskich ludzi i pośród widoków zapierających dech w piersiach.





Powyżej gospodarstwa ciągnęły się pola pszenicy, która pod koniec lipca była złota i jeszcze na tyle silna, aby trzymać kłosy zwrócone w stronę nieba. Kiedy dotykałam tych kłosów, odbijały się od siebie, ciężkie i sprężyste, a ja widziałam w nich pachnące bułki, chleb i drożdżowe z kruszonką.







W ciągu dnia robiliśmy objazdowe wycieczki z dziećmi zaglądając w leśne zakamarki Parku Krajobrazowego Gór Stołowych, dotykając prastarych, milczących skał, kilka godzin później jedząc lody w głośnym kurorcie, gdzie na skwerku przy pijalni wód kuracjusze słuchali ulicznych grajków otoczeni...palmami. Takie sacrum i profanum.

Zauroczyły mnie Wambierzyce odkryte w poszukiwaniu popołudniowej, niedzielnej Mszy. Pokryte patyną czasu miasteczko, skryte w fałdach gór, które na niewielkim skrawku terenu mieści imponującą bazylikę, z "filmowymi" schodami i zabudowę rodem z Włoskich pocztówek. Przecierałam oczy ze zdumienia i żałowałam, że burzowe chmury zagoniły nas do samochodów, bo miałam ochotę na krótki spacer z aparatem na przełaj tych kamiennych podwórek i wąskich uliczek.

 



Lekcja wdzięczności

Jest coś niezwykłego w tej geograficznej krainie. Natura wdzierająca się opuszczone zabudowania, tak jakby chciała odzyskać to, co zabrali jej ludzie. Biedne, zaniedbane czasami miasteczka i wsi, w których krusząca się architektura zdradza majętność poprzednich właścicieli i czasy dobrobytu. W sąsiednim gospodarstwie, jednym z niewielu, które w "naszej" wsi posiadało hodowlę zwierząt rozmawialiśmy ze spracowanymi gospodarzami, ludźmi, którzy doświadczyli w życiu tak wiele trudu, których życie od lat jest niezmiennie regulowane rytmem karmienia zwierząt, zasiewów i zbiorów, bez szansy na urlop od inwentarza. Ich gospodarstwo mnie urzekło: w przedwojennej stajence pośród krów przechadzały się koguty, a nad naszymi głowami fruwały jaskółki doglądając gniazd podwieszonych na zabytkowym, żebrowym sklepieniu. Nie widziałam w życiu piękniejszej stajenki.



Odchodząc dostaliśmy nie tylko wielką bańkę zakupionego mleka ale też dwie siatki cukinii, cebuli i sałaty z ogrodu oraz słoje korniszonów, kiszonych ogórków i patisonów. Czy w tym miejskim zgiełku znalazłby się ktoś, kto wpuściłby na swoje podwórko chmarę dzieci, porozmawiałby o życiu i śmierci, odsprzedałby plony swojego ogródka, a na pożegnanie jeszcze obdarował przetworami z własnej spiżarni? Myślę, że tego dnia otrzymałam dar dużo większy - krótką lekcję wdzięczności.




Dolina Sanu

Drugą część wakacji spędziliśmy w domku mojego Taty, tuż nad brzegiem przepięknej rzeki San.
San kojarzy mi się z domem. To dziwne, bo leży kilkaset kilometrów od miejsca, w którym mieszkałam jako dziecko. San był moim domem na czas wakacji, rok w rok, począwszy od momentu kiedy miałam 11 miesięcy i rodzice zabrali mnie pod namiot, do Mrzygłodu.
Przez wiele lat, w każde wakacje lądowaliśmy nad tą samą wodą, choć w różnych miejscowościach. Życie przez kilkanaście dni toczyło się wokół obozowiska, dzieci z którymi się bawiłam biegając między namiotami, ognisk, które ciągnęły się nieskończenie, póki rodzice nie zagonili nas do ciepłych śpiworów. To były wakacje o smaku pieczonych ziemniaków, smażonych brzan i kleni, które Tato przynosił z wędkarskich wypraw i kukurydzy prosto z pola, która wchodziła nam między zęby.




Lokalne smaki

Kilkanaście lat później rodzice kupili kawałek ziemi w Dolinie Sanu i postawili tam mały domek. Niedoceniałam go przez wiele lat, teraz doceniam nie tylko dlatego, że możemy tam jechać kiedy tylko chcemy, ale także dlatego, że to jest przepiękny ślad, który zostawiła moja Mama.

W małym, sprytnym piecyku zamontowanym przez mojego Tatę, opalanym drewnem i wyposażonym w mini piekarnik upiekliśmy pizzę - absolutnie mistrzowską, z cukinią, czosnkiem i jajkiem. Papierówki, których było wtedy zatrzęsienie trafiły pod kruszonkę. Najlepszym jednak posiłkiem był twaróg, zamówiony na wsi, z mleka od krowy, pasącej się na łące tuż obok naszego domku. Do tego był miód z miejscowej pasieki i mieliśmy prezentację tego, że da się czasami zjeść lokalnie - wszystkie produkty powstały przecież w obrębie jednego kilometra kwadratowego od nas.





W trakcie naszego sielskiego wypoczynku zrobiliśmy sobie przerwę na odrobinę miejskiego zgiełku, za to w cudownym wydaniu, bowiem Przemyśl, który odwiedziliśmy jest tak pięknym miastem, że marzę aby zrobić kiedyś osobny wpis na jego temat. W Przemyślu były lody, wizyta w księgarni i spacer po przecudnych uliczkach tego miasta o niesamowitej historii. Na rynku zjedliśmy lody w kawiarni Selfier - pistacja i lemon curd to moi absolutni faworyci tego miejsca.
 
Nowym odkryciem była plantacja eko malin w Ruszelczycach, gdzie kupiliśmy kilka kilogramów owoców aby przetworzyć je w pyszny sok do spiżarni. Zapewne otwierając zawekowane butelki zimą będę miała w sercu wspomnienie tego słonecznego lata, czasu dobrze naładowanych baterii.

Mam dla Was dwa przepisy: na moja szakszukę i pizzę z cukinią oraz garść linków na samym końcu tego posta :)







Szakszuka

  • 10 dużych mięsistych i dojrzałych pomidorów (lima albo bawole serca)
  • 2 czerwone papryki
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
  • 1/2 łyżeczki słodkiej, mielonej papryki
  • szczypta wędzonej papryki 
  • opcjonalnie: szczypta płatków chilli

  • 4 jajka
  • sól 
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa do smażenia + łyżka masła
  • świeżo posiekana bazylia do podania

Na głębokiej, płaskiej patelni rozgrzewamy oliwę i masło. Wrzucamy posiekany (!) czosnek oraz pokrojoną na cienkie paseczki paprykę. Smażymy na średnim ogniu aż warzywa lekko zmiękną. Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory i przyprawy. Smażymy na średnim ogniu, aż pomidory będą całkiem miękkie, a ich sok prawie zupełnie odparuje od czasu do czasu mieszając.
Drewnianą łyżką robimy dołki w sosie pomidorowym i wbijamy jajka. Zmniejszamy ogień do minimum i smażymy bez przykrycia (!), aż białka się zetną, a żółtka będą ugotowane - aby to zrobić bez przykrycia i nie spalić białek można co jakiś czas końcem łyżki mieszać białko każdego z jajek nie naruszając żółtka.
Podawać gorące, najlepiej smakuje zjadane wprost ze wspólnej patelni :)






Pizza z cukinią, czosnkiem i jajkiem


Ciasto na pizzę (ok. 4 małych placków)
na 4 osoby
  •  
  • 1/2 kg mąki pszennej chlebowej lub luksusowej
  • 50g świeżych drożdży
  • 330 ml ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy

Sos pomidorowy:

  • 10 dojrzałych pomidorów
  • 2 ząbki czosnku
  • sól i świeżo mielony pieprz
  • 1 łyżeczka oregano
  • 500ml passaty
  • 2 łyżki oliwy

Dodatki:

  • 1-2 zielone lub żółte cukinie  pokrojone w cienkie plastry
  • 4 ząbki świeżego czosnku pokrojonego w płatki
  • 8 suszonych pomidorów pokrojone w paseczki
  • 4 kulki mozzarelli (1 kulka na 1 placek)
  • 4 jajka
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • oregano

Zaczynamy od przygotowania sosu: pomidory naciąć na czubku, sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki. Pokroic w kostkę. W głębszym rondlu rozgrzać oliwę, przesmażyć czosnek razem z suszonym oregano, dodać pomidory. Smażyć pomidory aż się rozpadną, następnie zalać całość passatą, dodać sól i pieprz i gotować na małym ogniu bez przykrycia aż sos stanie się gęsty (ok 1,5-2h).
W razie potrzeby można go zblendować lub przetrzeć przez sito.

W czasie kiedy sos się gotuje przygotować ciasto. Zrobić zaczyn: do miski wrzucić pokruszone drożdże, zasypać je cukrem, utrzeć łyżką aż staną się płynne. Dodać 30 ml ciepłej wody i 2 łyżki mąki, wymieszać i odstawić przykryte na 10 minut aż zaczyn "ruszy".
Do dużej miski przesiać resztę mąki, dodać zaczyn i wodę, wymieszać do lekkiego połączenia składników a następnie dodać sól i oliwę. Wyrabiać przez 10 minut starając się aby NIE dosypywać mąki - ciasto na początku będzie dosyć luźne i kleiste, ale z czasem zobaczycie, że stanie się coraz bardziej plastyczne. To dzięki glutenowi, który uaktywnia się w czasie wyrabiania. Wyrabiać aż powstanie gładka, miękka kula łatwo odchodząca od dłoni.
Przełożyć ciasto do miski, posmarować lekko oliwą i odstawić pod przykryciem na 1 godzinę, aż podwoi swoją objętość.

Rozgrzać piec do maksymalnej temperatury: moj piekarnik ma 300 st. max temperatury ale piecyk w naszym podbieszczadzkim domku można rozgrzać do prawie 350 st. i dodatkowo jest wyłożony szamotem, więc pizza z takiego pieca wychodzi doskonale. Jeśli jest taka możliwość warto użyć kamienia do pizzy.

Ciasto podzielić na 8 części, uformować je w kule. Przed formowaniem pizzy rozpłaszczyć kulę w dysk i dać jej chwilę "odpocząć" (choćby 2-3 minuty). Powoli rozciągac ciasto w dłoniach formując niekoniecznie równy okrąg (oczywiście można użyć wałka, ale pizza formowana ręcznie jest cudowna, trzeba tylko uważać aby miała równomierną grubość i żeby nie była za cienka w środku).

Ciasto połozyć na łopacie obsypanej kaszką manną lub semoliną (ew. wyłożonej papierem do pieczenia) a nastepnie:
- posmarować cienko oliwą,
- nałożyć 1 chochelkę sosu pomidorowego,
- posypać czosnkiem, rozsmarować,
- posypać porwaną kulką mozarelli
- obłożyć cukinią
- posypać suszonymi pomidorami.

Włożyć do pieca na 5 minut, po 3 minutach kiedy brzegi ciasta będą już wyrośnięte ale jeszcze nie przypieczone wbić jajko w środek i wstawić do pieca aż cała pizza się przyrumieni.



Garść tegorocznych, wakacyjnych perełek:

Kotlina Kłodzka
"Śląskie Jeruzalem" czyli miasteczko Wambierzyce
Kraina zrodzona z morza, czyli Park Krajobrazowy Gór Stołowych 

Dolina Sanu
Kawiarnia Selfier - Przemyśl, Rynek 2
Plantacja Eko Malin (Dolina Sanu) - Ruszelczyce 12A, Krzywcza
Sprawdzony Miód - sklep online Apimiodek







7 marca 2018

Ekspresowa fit owsianka z lnem




Kiedy byłam nastolatką w zimowe weekendy często spędzaliśmy na nartach w pobliskich Beskidach. Poranki przed wyjazdem były przyjemne i emocjonujące, a na stole zazwyczaj stała owsianka - niczym sok z gumijagód dla zapalonych narciarzy amatorów.

To były czasy: śnieg leżał od listopada do połowy marca, więc oprócz nart wystarczyło mieć trochę chęci i wolną sobotę aby poszaleć na stoku.. Pamiętam wieczory poprzedzające wyjazd i to, że nie mogłam spać z przejęcia. O świcie moja Mama stała w naszej blokowej, wąskiej kuchni i przelewała kawę przez filtr do termosu, a w garnuszku na piecu stała już owsianka. Rozgrzewająca, gęsta, robiona zawsze z grubych płatków owsianych, z odrobiną soli, do ktorej wsypywałam potajemnie łyżeczkę cukru. Wyjeżdżaliśmy najwcześniej jak się dało, aby jak najdłużej poszaleć w górach.

Cóż, czas płynie nieubłagalnie, śnieg zimą powoli staje się rzadkością, a ja mimo mojej sympatii do owsianki muszę spojrzec prawdzie w oczy: takich ilości jak wtedy nie mogę już jeść bezkarnie.
Dlatego stosuję fajny patent mieszając mniejszą ilość płatków z dużą ilością wody i zagęszczam moją owsiankę mielonym lnem. Len mielony ma masę pozytywnych właściwości, zawiera sterole, białko, kwasy organiczne, enzymy, sole mineralne, fitosterole i witaminę E.







Uwielbiam tę owsiankę w tym okresie przedwiośnia: potrzebuję jeszcze rozgrzewających śniadań, a jabłka są w zasadzie jednym z nielicznych sezonowych i lokalnych owoców, którymi można się teraz cieszyć w pełni. Dlatego doceniam bardzo jabłka bo urozmaicają wyjałowioną zimowym czasem kuchnię.

Owsiankę możecie także przygotować sobie w słoiku w formie sypkiej (płatki, len, sól, cynamon, ew. dodatkowo orzechy czy rodzynki) i zabrać ze sobą do pracy. Wystarczy później zalać wrzątkiem i położyć na wierzchu pokrojone jabłka - zdrowe śniadanie gotowe.

Fit owsianka z lnem

(1 porcja)

  • 30 g płatków owsianych górskich 
  • 1 łyżka mielonego lnu
  • pół szklanki wrzątku
  • sól
  • cynamon
  • obrane i pokrojone w kostkę jabłko
  • łyżeczka masła lub oleju


Płatki, len i sól wsypuję do szklanki, miski albo słoiczka. Zalewam wrzątkiem, mieszam i zostawiam aż płatki i len napęcznieją. W rondelku rozpuszczam masło, wrzucam cynamon i jabłko. Chwilę podsmażam, potem przykrywam rondelek i duszę parę minut, aż jabłko zmięknie, a następnie układam na wierzchu owsianki. Całość posypuję lekko cynamonem.




3 stycznia 2018

Kokosowo-orzechowa granola bez cukru






Mam parę postanowień noworocznych, między innymi takie, które będą miały wpływ na moje zdrowie. Jednym z nich jest to, by uporać się z pociążowym nadbagażem, bo po dwóch ciążach w przeciągu 3 lat zdecydowanie mój układ kostno-szkieletowy błaga o ulżenie mu z nadmiaru ;) Tak więc zaczynam ten rok m.in. z krytycznym spojrzeniem na cukier - mogłabym to nazwać Krytyczne Spojrzenie na Cukier vol.28, bo nie pierwszy raz w życiu dochodzę do wniosku, że ta biała trucizna znowu rozpanoszyła się mimochodem w moim codziennym menu.

Z tej okazji chciałabym rozpocząć nowy rok na blogu przepisem na moją ulubioną granolę bez cukru. Kokos i cynamon dodają jej naturalnej słodyczy, jeśli jednak z jakiegoś powodu chcecie ją bardziej osłodzić to użyjcie miodu albo jakiegoś syropu (daktylowego, ryżowego) byle nie glukozowo-cukrowego :DDD Jest pyszna, sycąca i z racji tego że bardzo esencjonalna - 2-3 łyżki zdecydowanie wystarczą do porannego jogurtu - jest także kaloryczna, dlatego dobrze ją trzymać w solidnie zamykanym słoiku ;)


Kokosowo-orzechowa granola bez cukru

 

  • 3 szklanki płatków kokosowych (nie wiórków) 
  • 2 szklanki płatków owsianych górskich
  • 2 szklanki orzechów i nasion (pestki dyni, orzechy laskowe, pekan, włoskie, nerkowce)
  • 2 łyżki nasion chia
  • 4 łyżki oleju kokosowego extra virgin
  • opcjonalnie 1-2 łyżki płynnego słodzidła (syrop daktylowy, ryżowy, miód)

oraz: piekarnik, duża blacha, papier do pieczenia, miska, drewniana łyżka, duży słoik

  1. Piekarnik nagrzewamy do 140 st. C góra-dół bez termoobiegu. Płatki, nasiona, orzechy i chia mieszamy w misce, dodajemy płynny olej kokosowy i delikatnie wcieramy w mieszaninę tak aby za bardzo nie rozkruszyć płatków kokosowych.
  2. Rozkładamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w miarę możliwości jak najcieńszą warstwę. Ew. polewamy równomiernie cieniutką strużką płynnego miody/syropu.
  3. Pieczemy 15 minut, po tym czasie mieszamy delikatnie drewnianą łopatką i pieczemy jeszcze 10 minut lub do czasu aż płatki kokosowe będą lekko zrumienione.
  4. Przekładamy do szczelnie zamykanego słoika.
  5. Osoby na diecie uprzedzam, ze ta granola mimo tego, że zdrowa i niskowęglowodanowa to jest bardzo kaloryczna ze względu na tłuszcz z orzechów i nasion więc polecam dodać jej 2-3 łyżki do jogurtu i uzupełnić owocami sezonowymi (u mnie kawałek jabłka i żurawina mrożona).
  6.  







19 września 2017

Bułeczki nocne




Późny niedzielny wieczór, wracamy do domu od znajomych. Córka pakuje się do szkoły, ja szykuję mleko dla młodszego i odkrywam w chlebaku piętkę z chleba. Znacie to? Mnie się zdarza czasami,  a że w szkole mojej córki nie ma bufetu, bez śniadaniówki z kanapkami ani rusz. Na takie opcje polecam przepis na te bułeczki nocne. Nocne to znaczy, że ciasto mieszam wieczorem w robocie kuchennym i wkładam z miską do lodówki, a rano zaraz po obudzeniu (u mnie to 6:20) odpalam piekarnik i formuję bułeczki, które wyrastają mniej więcej tyle ile nagrzewa się piec. Ja w tym czasie robię kawę i owsiankę, a potem lecę szykować do wyjścia córkę i siebie w międzyczasie ładując blachę z bułkami do piekarnika.
Oczywiście można by te bułki upiec w niedzielę, po całym tym wieczornym obrządku, ale powiem szczerze, że w niedzielę wieczorem nie mam siły na pieczenie, więc jeśli mogę coś zrobić aby sobie skrócić aktywność - to korzystam z takiej opcji. Ponadto bułeczki drożdżowe mają to do siebie, że najlepiej smakują świeże, a więc naprawdę fajnie je upiec rano.

Przede wszystkim jednak: czy nie fajnie jest zacząć nowy tydzień od zapachu świeżo mielonej i zaparzonej kawy oraz pieczywa z czarnuszką?


Bułeczki nocne

8-10 bułeczek

  • 2,5 szklanki mąki pszennej uniwersalnej/luksusowej
  • paczka drożdży instant (8g)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1/4 szklanki oleju roślinnego (o neutralnym zapachu, np z pestek winogron)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/3 szklanki wody
  • 1/3 szklanki mleka (lub dla wersji wegańskiej tyle samo wody)
oraz:
  • jajko
  • ziarna do posypania np. czarnuszka, mak, sezam itp.

Wszystkie składniki wrzucamy do misy miksera i wyrabiamy na gładkie, miękkie ciasto. Jeśli wyrabiacie ręcznie, nie dosypujcie za dużo mąki - ciasto w miarę wyrabiania rozwinie siatkę glutenową i będzie jednolite.
Wyrobione ciasto formujemy w kulę i wkładamy do miski wysmarowanej delikatnie oliwą, przykrywamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki.
Uwaga: jeśli chcecie zrobić te bułki bez wyrastania w lodówce po prostu połóżcie miskę w ciepłym miejscu na 1,5h aż ciasto podwoi objętość.
Rano nastawiamy piekarnik na 210 st. C z blachą w środku. Wyjmujemy schłodzone ciasto z miski  na blat i dzielimy na 8 równych części. Zostawiamy na 5 minut aby się zagrzało, a następnie formujemy bułki: zwyczajne okrągłe, podłużne lub takie zaplatane jak na moich zdjęciach (zdjęcia krok po kroku jak zapleść bułki znajdziecie poniżej). Dużą deskę lub tacę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na niej bułki, zostawiamy do wyrośnięcia na 15 minut (piekarnik powinien już być wtedy nagrzany). Przed włożeniem do pieca smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziarnami, ostrożnie zsuwamy papier z bułeczkami z tacy prosto na rozgrzaną blachę. Pieczemy 20 minut.






Jak zapleść bułeczki?


  • z ciasta formujemy wałek o długości 20 cm (1)
  • krzyżujemy przeciwległe końce tworząc pętelkę (2)
  • przekładamy lewy koniec wałeczka przez dziurę w pętelce tworząc supeł (3), a następnie kierujemy ją w górę i na lewo podwijając pod spód (4)
  • prawy koniec wałeczka zawijamy od spodu na górę (5) i dociskamy w środek bułeczki (6)
  • gotowe!




25 sierpnia 2017

Miska pełna zdrowia - smoothie bowl





Smoothie bowls - miseczki z witaminowym koktajlem - to ciekawy wynalazek, który stał się kulinarnym trendem w 2015 roku - tak oto butelki i słoiki z koktajlem zastąpiły smoothie w postaci... owocowej zupy. Zupy owocowe to był koszmar mego dzieciństwa. Najgorszą jego odsłoną była zupa ze śliwek z tłuczonymi ziemniakami, którą robiła moja prababcia. Dużo lepiej znosiłam zupę wiśniową z makaronem (myślę, że za rok odważę się ją zrobić).
Smoothie bowl jest dla mnie lepszą wersją tamtych zup: koktajl owocowo-liściasty podany w takiej formie, aby można było także nacieszyć zmysł wzroku, o przyjemnej, aksamitnej teksturze.

Przypuszczam, że do rozpropagowania tych miskowych koktajli przyczynił się Instagram, gdzie blogerzy kulinarni i styliści mają większe pole do popisu fotografując te kolorowe, bogate miski i prześcigając się w pomysłach na stylizacje.

Naprawdę jest na co patrzeć: smoothie w takiej formie można ozdobić owocami, ziarnami, płatkami, masłami orzechowymi, jadalnymi kwiatami. Są i tacy co układają na wierzchu słodycze, ale to już dla mnie przerost formy nad treścią (przecież ma być w miarę zdrowo ;)

Przygotowywanie tych miseczek to także super zabawa dla dzieci. Nic prostszego: przygotujcie na stole parę miseczek, w których mogą znaleźć się:
- drobne owocami jagodowe (mogą być mrożone) w różnych kolorach, np. maliny, borówki, jagody, jeżyny, porzeczki, agrest, truskawki
- większe owoce pokrojone na cieniutkie plasterki np. jabłka, gruszki, kiwi, banany, mango,
- płatki np. zbożowe, kokosowe, granola,
- orzechy,
- nasiona dyni, słonecznika, chia, siemię lniane,
- niesiarkowane suszone owoce: rodzynki, kawałeczki moreli, śliwek,
- masła orzechowe, migdałowe,
- jadalne kwiaty albo ich płatki: róże, bratki, nagietki, nasturcje, lawenda
- oraz ewentualnie dosładzacz taki jak np. miód, syrop z agawy czy syrop klonowy.

Potem zmiksujcie większą ilość koktajlu i rozlejcie do misek. Tak przygotowane okrągłe "podobrazia" można rozdać małym artystom i pozwolić aby puścili wodze fantazji i stworzyli piękne i jadalne abstrakcje :)

Poniżej przedstawiam moje ulubione warianty smoothie. Najważniejsze uwagi: smoothie w postaci zupy jedzonej łyżką musi być dużo gęstsze niż to, które podaje się w szklance. W tym celu używamy mrożonych owoców (mrożony banan jest idealną bazą), jeśli macie mocny blender kielichowy to można dorzucić parę kostek lodu. Dzięki temu dodatki na powierzchni smoothie nie zatoną i efekt wizualny będzie naprawdę wyjątkowy.

Zielony smoothie

1 porcja (zdjęcie tytułowe)

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• 1/4 awokado
• 1/2 szklanki kefiru lub jogurtu naturalnego
• duża garść świeżego szpinaku
•  duża garść jarmużu obranego z grubszych łodyżek

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.


Żółty smoothie

1 porcja

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• 1/2 szklanki zamrożonego ananasa w kostkach
• 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
• 1/8 szklanki soku pomarańczowego

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.

 

Fioletowy smoothie

1 porcja

• 1 zamrożony banan (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• duża garść mrożonych jagód i malin
• 1/2 szklanki mleka kokosowego

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.



 

Czerwony smoothie

1 porcja

• 1/2 zamrożonego banana (dzięki temu smoothie będzie zmrożone i gęste, utrzyma ciężar dodatków)
• pół szklanki mrożonych truskawek
• szklanka pokrojonego arbuza
• 1/2 szklanki mleka roślinnego
• odrobina soku z cytryny

Składniki wrzucamy do blendera i miksujemy, dosyć długo aby koktajl był gładki.

...................

Na koniec parę uroczych miseczek: