29 sierpnia 2019

Sielskie wakacje [oraz przepisy na szakszukę i na pizzę]






Ostatnie dni wakacji

Ostatnie dni wakacji zawsze wydają się być takie intensywne. Miasto zakorkowane od rana, upalne dni, więc i plan dnia dostosowany do zbliżającej się fali gorąca - trzeba zdążyć zrobić jak najwięcej rano, zanim przytłoczy nas temperatura.
Na biurku w pokoju córki już stoją rządki podpisanych zeszytów, piórnik wypełniony naostrzonymi ołówkami i plecak. Od tygodnia staramy się być już w rutynie tygodniowej, więc ja wstaję pół godziny przed dziećmi, piję ciepłą kawę, mam chwilę na oddech, modlitwę, zebranie myśli w jedną całość, konstrukcję, którą będę w ciągu dnia musiała przebudowywać parę razy, bo przy małych dzieciach zakładka błędu jest spora.

W tych momentach porannego zawieszenia będę otwierać zawekowane wspomnienia wakacji i wdychać namiastkę ich prawdziwego aromatu. Cały zeszły rok wspominałam Chorwację, zapach morza, smak fig i soli na opalonej skórze. Teraz jest ten moment, dokładnie ta pora, o której wyjeżdżaliśmy rok temu nad Adriatyk - ten sam układ słońca, to samo światło, ten sam zgiełk zakorkowanego miasta na kilka dni przed pierwszym, szkolnym dzwonkiem. W tym roku nie pojechaliśmy na utęsknione południe, za to spędziliśmy prawie 3 tygodnie pośród polskich wzgórz.






Kotlina Kłodzka

Pierwszy niecały tydzień to była Kotlina Kłodzka, którą odwiedziłam po raz pierwszy. Tak piękna, jak mi się wyobrażało, taka tajemnicza, o jakiej czytałam w książkach Olgi Tokarczuk.
W wynajętym dla całej naszej grupy przyjaciół gospodarstwie spędziliśmy kilka zwolnionych chwil, jedząc niespieszne śniadania na tarasie z widokiem na wzgórza i zarośnięte, zielone kotlinki.
Królowały owsianki z owocami, jajecznice i baronowa slowfoodowych śniadań: szakszuka.
Niezwykłe móc jeść śniadanie pośród bliskich ludzi i pośród widoków zapierających dech w piersiach.





Powyżej gospodarstwa ciągnęły się pola pszenicy, która pod koniec lipca była złota i jeszcze na tyle silna, aby trzymać kłosy zwrócone w stronę nieba. Kiedy dotykałam tych kłosów, odbijały się od siebie, ciężkie i sprężyste, a ja widziałam w nich pachnące bułki, chleb i drożdżowe z kruszonką.







W ciągu dnia robiliśmy objazdowe wycieczki z dziećmi zaglądając w leśne zakamarki Parku Krajobrazowego Gór Stołowych, dotykając prastarych, milczących skał, kilka godzin później jedząc lody w głośnym kurorcie, gdzie na skwerku przy pijalni wód kuracjusze słuchali ulicznych grajków otoczeni...palmami. Takie sacrum i profanum.

Zauroczyły mnie Wambierzyce odkryte w poszukiwaniu popołudniowej, niedzielnej Mszy. Pokryte patyną czasu miasteczko, skryte w fałdach gór, które na niewielkim skrawku terenu mieści imponującą bazylikę, z "filmowymi" schodami i zabudowę rodem z Włoskich pocztówek. Przecierałam oczy ze zdumienia i żałowałam, że burzowe chmury zagoniły nas do samochodów, bo miałam ochotę na krótki spacer z aparatem na przełaj tych kamiennych podwórek i wąskich uliczek.

 



Lekcja wdzięczności

Jest coś niezwykłego w tej geograficznej krainie. Natura wdzierająca się opuszczone zabudowania, tak jakby chciała odzyskać to, co zabrali jej ludzie. Biedne, zaniedbane czasami miasteczka i wsi, w których krusząca się architektura zdradza majętność poprzednich właścicieli i czasy dobrobytu. W sąsiednim gospodarstwie, jednym z niewielu, które w "naszej" wsi posiadało hodowlę zwierząt rozmawialiśmy ze spracowanymi gospodarzami, ludźmi, którzy doświadczyli w życiu tak wiele trudu, których życie od lat jest niezmiennie regulowane rytmem karmienia zwierząt, zasiewów i zbiorów, bez szansy na urlop od inwentarza. Ich gospodarstwo mnie urzekło: w przedwojennej stajence pośród krów przechadzały się koguty, a nad naszymi głowami fruwały jaskółki doglądając gniazd podwieszonych na zabytkowym, żebrowym sklepieniu. Nie widziałam w życiu piękniejszej stajenki.



Odchodząc dostaliśmy nie tylko wielką bańkę zakupionego mleka ale też dwie siatki cukinii, cebuli i sałaty z ogrodu oraz słoje korniszonów, kiszonych ogórków i patisonów. Czy w tym miejskim zgiełku znalazłby się ktoś, kto wpuściłby na swoje podwórko chmarę dzieci, porozmawiałby o życiu i śmierci, odsprzedałby plony swojego ogródka, a na pożegnanie jeszcze obdarował przetworami z własnej spiżarni? Myślę, że tego dnia otrzymałam dar dużo większy - krótką lekcję wdzięczności.




Dolina Sanu

Drugą część wakacji spędziliśmy w domku mojego Taty, tuż nad brzegiem przepięknej rzeki San.
San kojarzy mi się z domem. To dziwne, bo leży kilkaset kilometrów od miejsca, w którym mieszkałam jako dziecko. San był moim domem na czas wakacji, rok w rok, począwszy od momentu kiedy miałam 11 miesięcy i rodzice zabrali mnie pod namiot, do Mrzygłodu.
Przez wiele lat, w każde wakacje lądowaliśmy nad tą samą wodą, choć w różnych miejscowościach. Życie przez kilkanaście dni toczyło się wokół obozowiska, dzieci z którymi się bawiłam biegając między namiotami, ognisk, które ciągnęły się nieskończenie, póki rodzice nie zagonili nas do ciepłych śpiworów. To były wakacje o smaku pieczonych ziemniaków, smażonych brzan i kleni, które Tato przynosił z wędkarskich wypraw i kukurydzy prosto z pola, która wchodziła nam między zęby.




Lokalne smaki

Kilkanaście lat później rodzice kupili kawałek ziemi w Dolinie Sanu i postawili tam mały domek. Niedoceniałam go przez wiele lat, teraz doceniam nie tylko dlatego, że możemy tam jechać kiedy tylko chcemy, ale także dlatego, że to jest przepiękny ślad, który zostawiła moja Mama.

W małym, sprytnym piecyku zamontowanym przez mojego Tatę, opalanym drewnem i wyposażonym w mini piekarnik upiekliśmy pizzę - absolutnie mistrzowską, z cukinią, czosnkiem i jajkiem. Papierówki, których było wtedy zatrzęsienie trafiły pod kruszonkę. Najlepszym jednak posiłkiem był twaróg, zamówiony na wsi, z mleka od krowy, pasącej się na łące tuż obok naszego domku. Do tego był miód z miejscowej pasieki i mieliśmy prezentację tego, że da się czasami zjeść lokalnie - wszystkie produkty powstały przecież w obrębie jednego kilometra kwadratowego od nas.





W trakcie naszego sielskiego wypoczynku zrobiliśmy sobie przerwę na odrobinę miejskiego zgiełku, za to w cudownym wydaniu, bowiem Przemyśl, który odwiedziliśmy jest tak pięknym miastem, że marzę aby zrobić kiedyś osobny wpis na jego temat. W Przemyślu były lody, wizyta w księgarni i spacer po przecudnych uliczkach tego miasta o niesamowitej historii. Na rynku zjedliśmy lody w kawiarni Selfier - pistacja i lemon curd to moi absolutni faworyci tego miejsca.
 
Nowym odkryciem była plantacja eko malin w Ruszelczycach, gdzie kupiliśmy kilka kilogramów owoców aby przetworzyć je w pyszny sok do spiżarni. Zapewne otwierając zawekowane butelki zimą będę miała w sercu wspomnienie tego słonecznego lata, czasu dobrze naładowanych baterii.

Mam dla Was dwa przepisy: na moja szakszukę i pizzę z cukinią oraz garść linków na samym końcu tego posta :)







Szakszuka

  • 10 dużych mięsistych i dojrzałych pomidorów (lima albo bawole serca)
  • 2 czerwone papryki
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
  • 1/2 łyżeczki słodkiej, mielonej papryki
  • szczypta wędzonej papryki 
  • opcjonalnie: szczypta płatków chilli

  • 4 jajka
  • sól 
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa do smażenia + łyżka masła
  • świeżo posiekana bazylia do podania

Na głębokiej, płaskiej patelni rozgrzewamy oliwę i masło. Wrzucamy posiekany (!) czosnek oraz pokrojoną na cienkie paseczki paprykę. Smażymy na średnim ogniu aż warzywa lekko zmiękną. Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory i przyprawy. Smażymy na średnim ogniu, aż pomidory będą całkiem miękkie, a ich sok prawie zupełnie odparuje od czasu do czasu mieszając.
Drewnianą łyżką robimy dołki w sosie pomidorowym i wbijamy jajka. Zmniejszamy ogień do minimum i smażymy bez przykrycia (!), aż białka się zetną, a żółtka będą ugotowane - aby to zrobić bez przykrycia i nie spalić białek można co jakiś czas końcem łyżki mieszać białko każdego z jajek nie naruszając żółtka.
Podawać gorące, najlepiej smakuje zjadane wprost ze wspólnej patelni :)






Pizza z cukinią, czosnkiem i jajkiem


Ciasto na pizzę (ok. 4 małych placków)
na 4 osoby
  •  
  • 1/2 kg mąki pszennej chlebowej lub luksusowej
  • 50g świeżych drożdży
  • 330 ml ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy

Sos pomidorowy:

  • 10 dojrzałych pomidorów
  • 2 ząbki czosnku
  • sól i świeżo mielony pieprz
  • 1 łyżeczka oregano
  • 500ml passaty
  • 2 łyżki oliwy

Dodatki:

  • 1-2 zielone lub żółte cukinie  pokrojone w cienkie plastry
  • 4 ząbki świeżego czosnku pokrojonego w płatki
  • 8 suszonych pomidorów pokrojone w paseczki
  • 4 kulki mozzarelli (1 kulka na 1 placek)
  • 4 jajka
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • oregano

Zaczynamy od przygotowania sosu: pomidory naciąć na czubku, sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki. Pokroic w kostkę. W głębszym rondlu rozgrzać oliwę, przesmażyć czosnek razem z suszonym oregano, dodać pomidory. Smażyć pomidory aż się rozpadną, następnie zalać całość passatą, dodać sól i pieprz i gotować na małym ogniu bez przykrycia aż sos stanie się gęsty (ok 1,5-2h).
W razie potrzeby można go zblendować lub przetrzeć przez sito.

W czasie kiedy sos się gotuje przygotować ciasto. Zrobić zaczyn: do miski wrzucić pokruszone drożdże, zasypać je cukrem, utrzeć łyżką aż staną się płynne. Dodać 30 ml ciepłej wody i 2 łyżki mąki, wymieszać i odstawić przykryte na 10 minut aż zaczyn "ruszy".
Do dużej miski przesiać resztę mąki, dodać zaczyn i wodę, wymieszać do lekkiego połączenia składników a następnie dodać sól i oliwę. Wyrabiać przez 10 minut starając się aby NIE dosypywać mąki - ciasto na początku będzie dosyć luźne i kleiste, ale z czasem zobaczycie, że stanie się coraz bardziej plastyczne. To dzięki glutenowi, który uaktywnia się w czasie wyrabiania. Wyrabiać aż powstanie gładka, miękka kula łatwo odchodząca od dłoni.
Przełożyć ciasto do miski, posmarować lekko oliwą i odstawić pod przykryciem na 1 godzinę, aż podwoi swoją objętość.

Rozgrzać piec do maksymalnej temperatury: moj piekarnik ma 300 st. max temperatury ale piecyk w naszym podbieszczadzkim domku można rozgrzać do prawie 350 st. i dodatkowo jest wyłożony szamotem, więc pizza z takiego pieca wychodzi doskonale. Jeśli jest taka możliwość warto użyć kamienia do pizzy.

Ciasto podzielić na 8 części, uformować je w kule. Przed formowaniem pizzy rozpłaszczyć kulę w dysk i dać jej chwilę "odpocząć" (choćby 2-3 minuty). Powoli rozciągac ciasto w dłoniach formując niekoniecznie równy okrąg (oczywiście można użyć wałka, ale pizza formowana ręcznie jest cudowna, trzeba tylko uważać aby miała równomierną grubość i żeby nie była za cienka w środku).

Ciasto połozyć na łopacie obsypanej kaszką manną lub semoliną (ew. wyłożonej papierem do pieczenia) a nastepnie:
- posmarować cienko oliwą,
- nałożyć 1 chochelkę sosu pomidorowego,
- posypać czosnkiem, rozsmarować,
- posypać porwaną kulką mozarelli
- obłożyć cukinią
- posypać suszonymi pomidorami.

Włożyć do pieca na 5 minut, po 3 minutach kiedy brzegi ciasta będą już wyrośnięte ale jeszcze nie przypieczone wbić jajko w środek i wstawić do pieca aż cała pizza się przyrumieni.



Garść tegorocznych, wakacyjnych perełek:

Kotlina Kłodzka
"Śląskie Jeruzalem" czyli miasteczko Wambierzyce
Kraina zrodzona z morza, czyli Park Krajobrazowy Gór Stołowych 

Dolina Sanu
Kawiarnia Selfier - Przemyśl, Rynek 2
Plantacja Eko Malin (Dolina Sanu) - Ruszelczyce 12A, Krzywcza
Sprawdzony Miód - sklep online Apimiodek







18 lutego 2019

Śląska Prohibicja






Zapraszam Was dzisiaj do wyjątkowego miejsca na mapie kulinarnej Katowic, mieszczącego się w zabytkowej dzielnicy Nikiszowiec, w której czas jakby zatrzymał się na początkach ubiegłego wieku.

To robotnicze osiedle powstałe przy szybie "Nickisch", należącego do kopalni "Giesche", zaprojektowane zostało przez Georga i Emila Zillmannów. Składało się z 1000 mieszkań, parku, budynków administracyjnych, cechowni, łaźni dla górników, domu noclegowego, kościoła, gospody, sklepów, pralni oraz szkoły z mieszkaniami dla nauczycieli. Poszczególne, trzykondygnacyjne domy mieszkalne zaaranżowane są w pierścieniowe czteroboki i łączą się ze sobą uroczymi, zadaszonymi mostkami przerzuconymi nad ulicami. W podwórzach domów znajdowały się dawniej pomieszczenia gospodarcze: komórki, chlewiki, a nawet piece do wypieku chleba, a typowe mieszkanie składa się z 2 izb z kuchnią i ma powierzchnię ponad 60m². Całość osiedla, zbudowana jest z czerwonej cegły, z charakterystycznymi łukami nad drzwiami i oknami, wykuszami i portalami wejściowymi. Z lotu ptaka przypomina amfiteatr, którego centrum stanowi plac Wyzwolenia. Zaledwie 300 metrów stąd, w 100-letnim, odrestaurowanym budynku po hotelu robotniczym mieści się Śląska Prohibicja. Wchodząc przez drzwi lokalu, przeniesiecie się, trochę jak w bajce, z surowego, urokliwego i ubogiego klimatu zabytkowego Nikisza wprost do ciepłego, klimatycznego i urządzonego z rozmachem miejsca, w którym zadbano o każdy, dosłownie każdy detal.





Klimat tego miejsca to coś, czego trzeba doświadczyć - jest ciepły, komfortowy, a wnętrza -  jasne dzięki wielkim oknom - urządzone są eklektycznie. Pełne zakamarków i różnych ciekawostek zachęcają do eksploracji. To restauracja, z której nie chce się wychodzić, a odczucie to wzmacnia obsługa: przyjazna, uśmiechnięta i bezpretensjonalna. 

Urzekło mnie to, że tak wiele dobrego udało się zachować przy odnawianiu tego lokalu zbudowanego na początku XX w. Za barem widzimy więc półki z alkoholem zamontowane na zachowanym i odrestaurowanym oknie, które staje się ozdobną ścianą, a po jego drugiej stronie widzimy prześwit imponującej spiżarni, do której mogą zajrzeć goście: tam znajdziecie przetwory przygotowane przez kuchnię Śląskiej Prohibicji, wykorzystywane do serwowanych potraw, tam też znajdziecie lodówkę z mięsem, które jest sezonowane na miejscu. Imponuje holistyczne podejście do prowadzenia restauracji, szacunek do produktu, do tradycji lokalnej, do pór roku i wykorzystania przestrzeni do maksimum.








Na głównej sali znajduje się kilkanaście stolików, a także scena z fortepianem, gdzie w weekendy organizowane są koncerty, spektakle teatralne i występy kabaretowe. Przestrzeń wypełniona jest książkami, gustownymi bibelotami, a na ścianach wiszą grafiki - to wszystko tworzy komfortową, ciepłą przestrzeń, w której aż chce się zwolnić, rozsiąść, delektować. Tuż przy głównej sali zamknięte za pięknymi, przeszklonymi drzwiami, znajdują się dwie jasne sale VIP, gdzie możecie zorganizować kameralne przyjęcie urodzinowe, kolację w gronie bliskich czy też lunch biznesowy.




Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie osobna, oddzielona, duża sala, znajdująca się po drugiej stronie baru. Tam zorganizowany jest kącik z zabawkami dla dzieci, do dyspozycji jest kilkanaście krzesełek do karmienia, a w rogu stoi piękne pianino, przy którym nie raz siadają co odważniejsi goście. To wyjątkowe, że w tym przepięknym miejscu, znalazł się nie kąt, ale cała wielka sala, przeznaczona dla rodzin z maluchami, gdzie można zjeść, odpocząć nie przeszkadzając przy tym innym gościom znajdującym się w restauracji - często spotykających się tutaj w sprawach biznesowych.
Sama przyznaję, że nie raz rezygnowałam z wyjścia do restauracji z maluchami, tylko z tego względu - aby oszczędzić sobie, dzieciom i innym gościom stresu, bo przy największych staraniach dzieci potrafią być nieprzewidywalne w reakcjach i trudno od nich oczekiwać 100% opanowania, porównywalnego do zachowania dorosłego w miejscach publicznych.

Oczywiście, są przypadki kiedy to rodzice nie reagują właściwie, jednak najczęściej niestety brakuje dobrze zorganizowanej przestrzeni, oddzielonej od reszty lokalu, ale jednocześnie nie "osieroconej" - tak samo przyjemnej, dopieszczonej jak reszta, z ciekawym kącikiem dla dzieci. W Śląskiej Prohibicji, mam wrażenie, że tak właśnie przemyślano obecność rodzin z dziećmi: z otwartością i sprytem. Za to ogromny plus!




Przejdźmy do meritum, czyli do jedzenia :) Restauracji przewodzi urzekająca Magdalena Nowaczewska, finalistka 5 edycji Masterchef Polska, którą z występów na ekranie zapamiętałam jako osobę tryskającą energią, optymizmem i otwartością do ludzi. To, co prezentuje Chef Magdalena to kuchnia prosta, lokalna, bo czerpiąca ze śląskiej tradycji, sezonowa, wydobywająca z prostych połączeń maksimum smaku, dopieszczona i sformułowana w postaci pięknie podanych dań. Wszystko to, co tak bardzo cenię w gotowaniu.

Karta menu nie jest przesadnie rozbudowana: po trzy propozycje przystawek i dań dla dzieci, po dwie propozycje: sałat, zup, dań wege i dań rybnych oraz po cztery propozycje deserów. Najwięcej do wyboru jest dań głównych, z mięsem i drobiem. Lubię takie uproszczone decyzje, wybrałam więc krem z buraków oraz ravioli z dynią z sezonowej wkładki, które nazywane są tutaj po swojsku: ulepcami. 

Buracznik z jabłkiem, malinami i wędzonym twarogiem to talerz amarantowego kremu buraczanego, którego smak wspaniale podbija smak malin. Na dnie zanurzone są kluseczki z wędzonego twarogu, idealnie komponujące się z kremem. Do zupy podawane są rustykalne grzanki z razowego chleba.




Ulepce, czyli ravioli z dynią to misterną kompozycją delikatnych akcentów smakowych,  koronkowa robota na dosyć przaśnym temacie jakim są pierożki. Zachwyciło mnie to, że tak można podać takie proste danie. Wbrew pozorom, nie odczułam tutaj przesytu smaków: ravioli wypełnione dynią i masłem orzechowym, posypane kruszonka z orzechów laskowych, ze wstążkami marynowanej, pikantnej dyni oraz parmezanu.




Po oprowadzaniu po lokalu, sesji zdjęciowej i degustacji kremu oraz ulepców, na deser nie starczyło już czasu i miejsca ;), ale na pewno tutaj wrócę. W karcie bowiem widnieje rubryka "torty z szafy" i faktycznie, możecie wybrać sobie porcje deseru z gabloty znajdującej się w głównej sali. Ja, dzięki uprzejmości menadżerki oraz kelnera, mogłam na chwilę zajrzeć do cukierni, która znajduje się na terenie lokalu! Tak jest, wszystkie cukiernicze cuda wyrabiane są na miejscu, podobnie jak przetwory, natomiast w planach jest zagospodarowanie terenu w obrębie podwórza, w którym powstanie nie tylko letni ogródek, ale też szklarnia i mały sad!

Kibicuję więc Śląska Prohibicjo i czekam na rozwój pozytywnych wypadków, a Wam polecam to miejsce i zapraszam do komentowania: odpowiem na pytania i chętnie poznam Wasze opinie.

Ula :*


-
Śląska Prohibicja
ul Krawczyka 1
Katowice-Nikiszowiec

strona www
facebook
instagram





25 października 2018

Restaurant Week Polska - Destynacja Restauracja





Festiwal restauracji już trwa!  Tej jesieni możecie wybrać się w podróż kulinarną w dowolny zakątek świata - hasło przewodnie festiwalu Restaurant Week brzmi "Destynacja - Restauracja", a w wydarzeniu uczestniczą restauracje o tak różnorodnym charakterze kuchni, że każdy na pewno znajdzie w menu swoje ulubione smaki. Festiwal trwa do 31 października, a więc macie ostatnią szansę, aby zarezerwować festiwalowy stolik na stronie www.restaurantweek.pl

Tej jesieni zostałam zaproszona do udziału w Festiwalu jako ambasadorka #silesiarestaurantweek, który odbywa się na terenie Śląska, Zagłębia i Bielska-Białej, tak więc miałam okazję odwiedzić nowe restauracje, a także poznać niezwykle ciekawych ludzi i przy okazji próbowania festiwalowego menu dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o kulinarnych i gastronomicznych inicjatywach w naszym regionie.




Zasady Festiwalu Restaurant Week?

Każda z restauracji biorących udział w Silesia Restaurant Week (17-31 października) przygotowała dwie propozycje trzydaniowego menu, na które składa się przystawka, danie główne oraz deser. Cena menu dla jednej osoby to 49 zł. Ponadto w ramach ceny każdej rezerwacji na Gości Festiwalu, czekać będzie prezent od sponsora wydarzenia - darmowy koktajl Martini Tonic! Warto nadmienić, że do grona restauracji znanych z poprzednich edycji Festiwalu w regionie Silesia dołączyły zupełnie nowe lokale, w tym nowo otwarte katowickie restauracje jak Amfora, ISTO czy Prodiż Nero. W Silesia Restaurant Week biorą udział aż 33. restauracje z Katowic, Gliwic, Tarnowskich Gór, Tychów, Mysłowic, Chorzowa, Siemianowic Śląskich, Bytomia, Zabrza, Pyskowic, Czeladzi, Dąbrowy Górniczej, Sosnowca oraz Bielska-Białej.  


Co mi się podoba w idei Festiwalu?

Na pewno to, że w przystępnej cenie (49 zł/ os. za trzydaniowe menu) możemy zjeść fajny, kompletny obiad/kolację, a sety festiwalowe skomponowane są bardzo przekrojowo, przedstawiając zazwyczaj najbardziej popularne potrawy w danej restauracji. Oczywiście większość miejsc prezentuje menu w wydaniu sezonowym, co jest ogromnym plusem i dodaje uroku jesiennej edycji Restaurant Week. W próbowanych przez nas potrawach przewijały się więc grzyby, dynia, pieczone korzenne warzywa, jabłka, gruszki, figi, a nawet rokitnik, na który teraz jest najlepsza pora. Każda restauracja jednak w inny sposób interpretuje jesienne smaki, a szefowie kuchni stosują różne techniki, aby zamknąć smaki w specyficzny dla swojego warsztatu i swojej restauracji sposób.


Na co warto zwrócić uwagę?

W czasie rezerwowania stolika na stronie trzeba wybrać nie tylko konkretną datę, ale także godzinę, a przedziały czasowe są z góry określone. Dlaczego? Otóż na skonsumowanie festiwalowego setu będziecie mieć 1,5 godziny. Większość restauracji bez problemu wydaje wszystkie posiłki w tym czasie, ponieważ kuchnia już wcześniej wie, ile osób przyjdzie na daną godzinę, jednak jeśli zarezerwujecie sobie stolik w godzinach szczytu, może być tak, że spotkacie się z lekką obsuwą, zwłaszcza przy domawianiu pozycji spoza menu Restaurant Week.  Nie zdarzyło nam się to w żadnej restauracji, jednak słyszałam takie głosy - nie były to jednak duże opóźnienia. Serwis i tak jest szybszy niż przy standardowym zamawianiu z karty!

Zachęcam też do tego, aby nie zrażać się wielkością porcji, zwłaszcza na etapie przystawki. Taki trzydaniowy set zjedzony w 90 minut to naprawdę duża dawka jedzenia, a więc zapewniam Was, że po deserze z pewnością nie wyjdziecie głodni z restauracji.






Festiwalowe dania w Restaurant & Cocktail Bar Amfora, Katowice - kuchnia Bliskiego Wschodu



Miejsca, które odwiedziłam

Udało mi się odwiedzić 2 spośród 3 zupełnie nowych restauracji w Katowicach: Isto i Amfora oraz Moodro Restaurant, która działa już kilka lat przy Muzeum Śląskim.

Z chęcią przygotuję w przyszłości osobne wpisy o tych miejscach jednak nie mogę się powstrzymać aby nie zachęcić Was do spróbowania:
- obłędnego kremu z kiszonej kapusty oraz chleba na 20-letnim zakwasie w Restauracji Isto,
- pstrąga na soczewicy i lodów kasztanowych w Moodro
- aksamitnego hummusu z dynią i kibbehu w Amforze.

We wszystkich tych restauracjach testowałam menu wegetariańskie i jestem zaskoczona tym, jak dopracowane smaki czekają na tych festiwalowiczów, którzy mięsa nie jedzą - ja sama wegetarianką nie jestem, ale nie żałuję wyboru menu w wariancie B. Wiem też, że menu mięsne jest równie ciekawe (w Isto znajdziecie golonkę, w Moodro kozinę, a w Amforze kotlet wołowy z bakłażanem i arabskimi kiszonkami). Naprawdę jest co zjeść!

Festiwal kończy się za parę dni, dlatego jeśli macie ochotę na taką kulinarną podróż rezerwujcie stolik już dzisiaj!

www.restaurantweek.pl





Festiwalowe menu w Restauracji Moodro


30 października 2015

Coffee Synergia. Naprawdę dobre miejsce.



Koniec października. Przedziwny okres. Czas przestawiony o godzinę do tyłu, a taka kolosalna różnica w funkcjonowaniu. Mglisty, ponury świt zamienia się w okamgnieniu w słoneczny poranek, czas nabiera tempa - jeśli spacer ma być po obiedzie to może zahaczyć o zmrok dlatego przestawiłam wojaże z wózkiem na przedpołudnia, aby nasycić się gasnącym słońcem. 
Pamiętam zeszłe lata, całe dnie w swojej pracowni przy projektach, jesienne popołudnia mylące się z wieczorem, pośpiech aby uciec przed zmierzchem. Czuję, że moje podwojone niedawno macierzyństwo zatrzymało mnie, zwolniło, chwyciło w rozpędzie abym mogła sama sobie powiedzieć: oddychaj, popatrz, poczuj, przeżyj. Jest inaczej, momentami ciężej, momentami wyjście do pracy, do biura wspominam jako luksus, ale nie mogę porównywać tego bo to dwa różne światy. Teraz jest świat wymagający, ale nadzwyczaj piękny, świat pogłębiania relacji z przemiłym, uśmiechniętym, malutkim jegomościem oraz jego starszą siostrą :-)
Tak więc z racji zmiany czasu i krótkich dni stawiamy ostatnio akcent na poranki i do-południa. Nagle śniadania nabrały większego znaczenia, a poranna kawa stała się jeszcze bardziej potrzebna dla sennej głowy. Wybraliśmy się dzisiaj na spacer, najpierw park, potem targowisko: orzechy laskowe, parę niedużych dyń piżmowych, żurawina, a potem wyrwanie taty z pracy i wypad na kawę. Przepyszną kawę.

Coffee Synergia to miejsce przepięknie zaaranżowane, wykorzystujące walory starej kamienicy, gdzie ktoś o świetnym poczuciu estetyki połączył stare z nowym. Jest neutralna podłoga, białe ściany, stoły z grubych, starych desek z dostawionymi dizajnerskimi krzesłami vitra, fajnie zaaranżowany bar gdzie dekoracją samą w sobie są przepiękne akcesoria do parzenia kawy. Na ladzie piętrzą się patery z ciastami a na czarnej ścianie za barem jest ładnie wypisane obszerne menu lokalu - zawsze zwracam uwagę na ten element wystroju knajp i mam bzika na punkcie ładnego charakteru pisma, tu mi pasowało :)





Przejdźmy do sedna: kawa. Jest to zdecydowanie jedno z lepszych miejsc w Katowicach oferujące cały wachlarz fantazji na temat kawy: poprzez tradycyjne kawy z ekspresu ciśnieniowego do kaw zaparzanych metodami alternatywnymi. Jest drip, aeropress, chemex oraz bajerancki syfon. Dodatkowo oferta wysokiej jakości ziaren z całego świata, które są świeżo palone i dostarczone do kawiarni w krótkim czasie po wypaleniu - jest więc w czym kombinować. My zamówiliśmy ziarna z Brazylii oraz Etiopii parzone metodami chemex (7,50) i aeropress (8,50). Cóż mogę powiedzieć - kawy były doskonałe. Taki napar, bez absolutnie żadnych dodatków jest oddaniem szacunku do produktu i rytuału jakim w wielu kulturach jest picie kawy. 

Przy tej kawie jedzenie odeszło zdecydowanie na plan dalszy - choć w wielu "kawiarniach" jest często odwrotnie, słaba kawa jest dodatkiem do jedzenia. Tutaj absolutnie to kawa jest numerem jeden. Tak, byliśmy tam dla kawy, aczkolwiek o jedzeniu wspomnę w kilku słowach. Zamówiliśmy 3 kawałki ciast (9,00 za spory kawałek). Tarta grejpfrutowa z bezą była naprawdę bardzo smaczna. Godna towarzyszka dla mojego aeropressa. Zdecydowanie nie obroniła się Tarta Tatin, w której nie smakowało mi zbyt namoczone ciasto i brownie, od którego oczekiwałam czegoś więcej. Mogłabym się tu rozwodzić, ale nie chcę, bo naprawdę wierzę, że to miejsce ma ogromny potencjał - być może cukiernik miał gorszy dzień :) 

Zamówiliśmy także wytrawne pozycje z menu. Moje śniadanie w postaci omleta z szynką (12,50) było w porządku, omlet był pyszny, świeży, z dobrą wędliną. Co do pieczywa: dla mnie osobiście chleb jest nie dodatkiem, ale równoprawnym składnikiem takiej wersji śniadania, dlatego mógłby być lepszej jakości, jako że wg mnie Śląsk słynie z najlepszego pieczywa na Ziemi. Był oczywiście świeży, ale z tych chlebów farbowanych karmelem, co to udają, że są zdrowsze. Ale...prawda jest taka, że ja mam hopla na punkcie chleba więc składam to niezadowolenie na swoją wyśrubowaną obsesję :) Domowy burger (22,00) mojego towarzysza był za to bez zastrzeżeń bardzo okay.

Muszę też wspomnieć o wyjątkowej ścianie w tej kawiarni, będzie się ona śnić Wam po nocach. Ściana po sufit zapełniona ustrojstwem dla kawomaniaków. Wszelakie kolby, czajniczki, pressy, filtry, słoiczki, młynki do zakupienia na miejscu. Wspaniała sprawa, tym bardziej, że od dawna mierzę się do zakupu takiego ekwpiunku - po dzisiejszej wizycie wyszliśmy zakręceni czy chemex, czy aeropress czy nowe kawiarki.. Sprawa jest do przemyślenia ale ceny porównywaliśmy z ofertą internetową i mogę stwierdzić, że są naprawdę dobre.  

W Synergii jest czym oddychać, lokal jest przestronny i dobrze zaaranżowany. Dzięki tej przestgrzeni oraz bardzo dobrej i miłej obsłudze czułam się tu swobodnie i miałam odczucie, że goście również, mimo, że przekrój społeczny był bardzo szeroki (za co uwielbiam takie miejsca). Biznesowe spotkanie, kawa w przerwie od pracy, spotkanie freelancerów, przystanek w podróży, para z dziećmi, spotkanie koleżanek. W lokalu jest oczywiście wi-fi. Z tego co zauważyłam, jest to także lokal przyjazny czworonogom. Lokal ma kącik z zabawkami dla najmłodszych oraz wysokie krzesełko. Minus za brak stolika do przewijania, choć widząc jak niewielka jest toaleta rozumiem, że nie jest to łatwe do zrobienia. No, cóż, nie wszystko da się pogodzić i nie ma miejsc idealnych ale z pewnością odwiedzę to miejsce jeszcze nie raz w poszukiwaniu kawowych przygód, bo w tym Synergia celuje w dziesiątkę i za to brawo.





 
Coffee Synergia
Andrzeja 29/2
Katowice