6 czerwca 2019

Pesto z naci marchewki

 


Jestem chyba jednym z tych dziwacznych klientów, który targa do domu kalafiory z liśćmi, marchewki z nacią, choć największą sensację nadal niestety wzbudza to, że nie chcę "gratisowych" foliówek i ładuję brudne ziemniaki do bawełnianej torby.
Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni - to w jaki sposób kupujemy i konsumujemy, jakie podejmujemy decyzje w sklepach i co wyrzucamy do śmieci. Naprawdę niewiele trzeba aby coś się zmieniło - gdyby większość z nas zrobiła choćby jeden mały krok ku temu by mniej wyrzucać, marnować, kupować i aby redukować zużycie plastiku - suma naszych działań to byłby duży krok.
U mnie nie było tak zawsze: moja Mama prezentowała oszczędny styl gospodarzenia z szacunkiem do jedzenia, którego niewiele wyrzucała. Ja natomiast w twórczym szale, z ekspresją przykładowo siekałam jasną część pora wywalając do śmieci drugą połowę tego warzywa. Pamiętam jak pewnego razu robiąc przystawkę z dużej ilości porów, które gotowałam na parze spojrzałam do zlewu gdzie piętrzyła się sterta zielonych liści przygotowanych do wyrzucenia. Chyba wtedy uderzyło mnie to ile dobra marnuję i ile witamin i minerałów musi być w tych liściach.
Skoro więc pory traktowałam tak okrutnie, takie przypadki jak pesto z naci marchewki czy liści rzodkiewki nie miały w mojej kuchni racji bytu. Było to wiele lat temu i jak widać zmiana jest możliwa - sama jestem tego przykładem :)

Dzisiaj w takim razie symboliczne rozwiązanie - pesto z naci marchwi, które uwielbiam, co więcej, mój 4 letni syn bardzo lubi kanapki z takim smarowidłem. Wiecie o tym, że nać marchwi ma więcej witaminy C niż korzeń? Ponadto jest bogata w witaminę K i stanowi niezłą dawkę chlorofilu.

Pesto używam następująco:
- w postaci pasty do kanapek,
- w formie prostego sosu do makaronu: do podsmażonej na oliwie cebuli i czosnku dodaję kopiastą łyżkę pesto, 3-4 posiekane drobno czerwone pomidory, dodaję ugotowany aldente makaron i odrobinę wody z gotowania makaronu, mieszam wszystko i posypuję parmezanem,
- jako dressingu do warzyw/sałat: do słoika wlewam 3 łyżki oliwy, 2 łyżki octu, dodaję łyżkę pesto, mieszam wstrząsając zakręconym słoikiem i gotowe,
- jako dipu do warzyw: kopiastą łyżkę pesto rozrabiam z filiżanką jogurtu, ew. dodaję soli.

 

 

 

Pesto z naci marchewki

porcja na 1 mały słoik

  • nać z dużego pęczka marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 5 łyżek oliwy z oliwek
  • 2 łyżki ziaren słonecznika
  • 1 łyżka tartego parmezanu
  • sól i świeżo mielony pieprz

Do zmiksowania takiej ilości składników najwygodniej jest mi używać blendera ręcznego i wysokiego naczynia (może być szerszy słoik). Dobry będzie też mały malakser. Blender kielichowy jest za duży na taką porcję pesto.

Nać płuczemy dokładnie, oddzielamy ew. bardziej łykowate łodyżki.
Czosnek obieramy i kroimy na mniejsze kawałki.
Słonecznik delikatnie podprażamy na suchej patelni.

Wszystkie składniki wkładamy do wysokiego naczynia, dodajemy sól i pieprz i blendujemy na gładką masę. Przekładamy do słoiczka i przechowujemy w lodówce.



10 maja 2019

Rabarbar pod bezglutenową kruszonką





Dopiero chwaliłam umiar w zakupach i dbanie o to, aby nie przesadzać z zakupami (i nie marnować nadmiaru), a już chwilę potem stoję przed straganem - prawdziwie wiosennym w swoim anturażu - i ładuję do torby: 1,5kg rabarbaru, 6 pęczków szpinaku, 4 pęczki szczawiu, rzodkiewki, szczypior, młodą marchew z nacią.

Dopiero w domu robi mi się trochę gorąco; zdaję sobie sprawę, że wszelka zielenina zaraz straci świeżość i to wszystko trzeba szybko umyć i coś z tym zrobić.

Rabarbar przetwarzamy więc w pyszny, szybki i bezglutenowy deser z ograniczoną ilością cukru (tutaj jego brakiem - używamy ksylitolu), nać marchwi blendujemy na pesto ze słonecznikiem, szczaw i szpinak moczą się w wielkim garze z wodą i zaraz zabieram się za ich dokładne mycie i krojenie, ale zanim to zrobię, to proszę bardzo, oto przepis na nasz rabarbarowy deser :)


 PS. Owies sam w sobie nie zawiera glutenu, ale często jest pakowany w miejscach gdzie przetwarzane są także inne, także glutenowe zboża, więc jeśli cierpisz na nadwrażliwość na gluten bądź celiakię - wybierz płatki owsiane bezglutenowe. W pozostałych przypadkach - jeśli nie masz zdiagnozowanej medycznie żadnej choroby związanej z glutenem i chcesz po prostu ograniczyć gluten w deserze - zwykłe, sklepowe płatki z śladową ilością glutenu na pewno będą w porządku :)




 

Rabarbar pod kruszonką - bez glutenu

Nadzienie:
  • 700g rabarbaru
  • 1 łyżka świeżego, drobno posiekanego imbiru
  • skórka z 1 cytryny
  • łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki ksylitolu (lub cukru trzcinowego)
  • 1 kopiasta łyżka mąki kukurydzianej
  • 1 łyżka masła

Kruszonka:
  • 1,5 szklanki płatków owsianych górskich
  • 1/2 szklanki mąki kukurydzianej
  • 100g zimnego masła
  • 1/2 szklaki ksylitolu (lub cukru trzcinowego)
  • duża szczypta soli


Rabarbar obieramy ze skórki i kroimy na kawałki wielkości 1 cm. Wrzucamy do miski, dodajemy sok z cytryny, skórkę, posiekany, świeży imbir. Zasypujemy ksylitolem lub cukrem. Mieszamy i odstawiamy na 10 minut, aby rabarbar puścił sok.

W tym czasie przygotowujemy kruszonkę. 0,5 szklanki płatków owsianych blendujemy na drobną mączkę. Wrzucamy ją do miski wraz z pozostałymi składnikami kruszonki: całymi płatkami, mąką kukurydzianą, masłem, ksylitolem i solą. Zagniatamy szybko w jednolitą kulę, umieszczamy w misce przykrytej talerzem i wkładamy do lodówki na 30 minut.

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.

Dużą formę żaroodporną smarujemy cienko masłem. Resztę masła do nadzienia (niecała łyżka) rozpuszczamy w rondlu na średnim ogniu. Wrzucamy zawartość miski z rabarbarem, dodajemy łyżkę mąki kukurydzianej i dokładnie mieszamy, gotujemy na średnim ogniu przez 5 minut pilnując aby sok za szybko nie odparował i aby rabarbar się nie przypalił.

Rabarbar przekładamy do wysmarowanej formy, wyrównujemy, wierzch posypujemy rozdrobnioną w palcach  kruszonką. Pieczemy 35 minut, aż wierzch będzie zarumieniony. Podajemy z jogurtem albo z kulką lodów waniliowych.





18 lutego 2019

Śląska Prohibicja






Zapraszam Was dzisiaj do wyjątkowego miejsca na mapie kulinarnej Katowic, mieszczącego się w zabytkowej dzielnicy Nikiszowiec, w której czas jakby zatrzymał się na początkach ubiegłego wieku.

To robotnicze osiedle powstałe przy szybie "Nickisch", należącego do kopalni "Giesche", zaprojektowane zostało przez Georga i Emila Zillmannów. Składało się z 1000 mieszkań, parku, budynków administracyjnych, cechowni, łaźni dla górników, domu noclegowego, kościoła, gospody, sklepów, pralni oraz szkoły z mieszkaniami dla nauczycieli. Poszczególne, trzykondygnacyjne domy mieszkalne zaaranżowane są w pierścieniowe czteroboki i łączą się ze sobą uroczymi, zadaszonymi mostkami przerzuconymi nad ulicami. W podwórzach domów znajdowały się dawniej pomieszczenia gospodarcze: komórki, chlewiki, a nawet piece do wypieku chleba, a typowe mieszkanie składa się z 2 izb z kuchnią i ma powierzchnię ponad 60m². Całość osiedla, zbudowana jest z czerwonej cegły, z charakterystycznymi łukami nad drzwiami i oknami, wykuszami i portalami wejściowymi. Z lotu ptaka przypomina amfiteatr, którego centrum stanowi plac Wyzwolenia. Zaledwie 300 metrów stąd, w 100-letnim, odrestaurowanym budynku po hotelu robotniczym mieści się Śląska Prohibicja. Wchodząc przez drzwi lokalu, przeniesiecie się, trochę jak w bajce, z surowego, urokliwego i ubogiego klimatu zabytkowego Nikisza wprost do ciepłego, klimatycznego i urządzonego z rozmachem miejsca, w którym zadbano o każdy, dosłownie każdy detal.





Klimat tego miejsca to coś, czego trzeba doświadczyć - jest ciepły, komfortowy, a wnętrza -  jasne dzięki wielkim oknom - urządzone są eklektycznie. Pełne zakamarków i różnych ciekawostek zachęcają do eksploracji. To restauracja, z której nie chce się wychodzić, a odczucie to wzmacnia obsługa: przyjazna, uśmiechnięta i bezpretensjonalna. 

Urzekło mnie to, że tak wiele dobrego udało się zachować przy odnawianiu tego lokalu zbudowanego na początku XX w. Za barem widzimy więc półki z alkoholem zamontowane na zachowanym i odrestaurowanym oknie, które staje się ozdobną ścianą, a po jego drugiej stronie widzimy prześwit imponującej spiżarni, do której mogą zajrzeć goście: tam znajdziecie przetwory przygotowane przez kuchnię Śląskiej Prohibicji, wykorzystywane do serwowanych potraw, tam też znajdziecie lodówkę z mięsem, które jest sezonowane na miejscu. Imponuje holistyczne podejście do prowadzenia restauracji, szacunek do produktu, do tradycji lokalnej, do pór roku i wykorzystania przestrzeni do maksimum.








Na głównej sali znajduje się kilkanaście stolików, a także scena z fortepianem, gdzie w weekendy organizowane są koncerty, spektakle teatralne i występy kabaretowe. Przestrzeń wypełniona jest książkami, gustownymi bibelotami, a na ścianach wiszą grafiki - to wszystko tworzy komfortową, ciepłą przestrzeń, w której aż chce się zwolnić, rozsiąść, delektować. Tuż przy głównej sali zamknięte za pięknymi, przeszklonymi drzwiami, znajdują się dwie jasne sale VIP, gdzie możecie zorganizować kameralne przyjęcie urodzinowe, kolację w gronie bliskich czy też lunch biznesowy.




Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie osobna, oddzielona, duża sala, znajdująca się po drugiej stronie baru. Tam zorganizowany jest kącik z zabawkami dla dzieci, do dyspozycji jest kilkanaście krzesełek do karmienia, a w rogu stoi piękne pianino, przy którym nie raz siadają co odważniejsi goście. To wyjątkowe, że w tym przepięknym miejscu, znalazł się nie kąt, ale cała wielka sala, przeznaczona dla rodzin z maluchami, gdzie można zjeść, odpocząć nie przeszkadzając przy tym innym gościom znajdującym się w restauracji - często spotykających się tutaj w sprawach biznesowych.
Sama przyznaję, że nie raz rezygnowałam z wyjścia do restauracji z maluchami, tylko z tego względu - aby oszczędzić sobie, dzieciom i innym gościom stresu, bo przy największych staraniach dzieci potrafią być nieprzewidywalne w reakcjach i trudno od nich oczekiwać 100% opanowania, porównywalnego do zachowania dorosłego w miejscach publicznych.

Oczywiście, są przypadki kiedy to rodzice nie reagują właściwie, jednak najczęściej niestety brakuje dobrze zorganizowanej przestrzeni, oddzielonej od reszty lokalu, ale jednocześnie nie "osieroconej" - tak samo przyjemnej, dopieszczonej jak reszta, z ciekawym kącikiem dla dzieci. W Śląskiej Prohibicji, mam wrażenie, że tak właśnie przemyślano obecność rodzin z dziećmi: z otwartością i sprytem. Za to ogromny plus!




Przejdźmy do meritum, czyli do jedzenia :) Restauracji przewodzi urzekająca Magdalena Nowaczewska, finalistka 5 edycji Masterchef Polska, którą z występów na ekranie zapamiętałam jako osobę tryskającą energią, optymizmem i otwartością do ludzi. To, co prezentuje Chef Magdalena to kuchnia prosta, lokalna, bo czerpiąca ze śląskiej tradycji, sezonowa, wydobywająca z prostych połączeń maksimum smaku, dopieszczona i sformułowana w postaci pięknie podanych dań. Wszystko to, co tak bardzo cenię w gotowaniu.

Karta menu nie jest przesadnie rozbudowana: po trzy propozycje przystawek i dań dla dzieci, po dwie propozycje: sałat, zup, dań wege i dań rybnych oraz po cztery propozycje deserów. Najwięcej do wyboru jest dań głównych, z mięsem i drobiem. Lubię takie uproszczone decyzje, wybrałam więc krem z buraków oraz ravioli z dynią z sezonowej wkładki, które nazywane są tutaj po swojsku: ulepcami. 

Buracznik z jabłkiem, malinami i wędzonym twarogiem to talerz amarantowego kremu buraczanego, którego smak wspaniale podbija smak malin. Na dnie zanurzone są kluseczki z wędzonego twarogu, idealnie komponujące się z kremem. Do zupy podawane są rustykalne grzanki z razowego chleba.




Ulepce, czyli ravioli z dynią to misterną kompozycją delikatnych akcentów smakowych,  koronkowa robota na dosyć przaśnym temacie jakim są pierożki. Zachwyciło mnie to, że tak można podać takie proste danie. Wbrew pozorom, nie odczułam tutaj przesytu smaków: ravioli wypełnione dynią i masłem orzechowym, posypane kruszonka z orzechów laskowych, ze wstążkami marynowanej, pikantnej dyni oraz parmezanu.




Po oprowadzaniu po lokalu, sesji zdjęciowej i degustacji kremu oraz ulepców, na deser nie starczyło już czasu i miejsca ;), ale na pewno tutaj wrócę. W karcie bowiem widnieje rubryka "torty z szafy" i faktycznie, możecie wybrać sobie porcje deseru z gabloty znajdującej się w głównej sali. Ja, dzięki uprzejmości menadżerki oraz kelnera, mogłam na chwilę zajrzeć do cukierni, która znajduje się na terenie lokalu! Tak jest, wszystkie cukiernicze cuda wyrabiane są na miejscu, podobnie jak przetwory, natomiast w planach jest zagospodarowanie terenu w obrębie podwórza, w którym powstanie nie tylko letni ogródek, ale też szklarnia i mały sad!

Kibicuję więc Śląska Prohibicjo i czekam na rozwój pozytywnych wypadków, a Wam polecam to miejsce i zapraszam do komentowania: odpowiem na pytania i chętnie poznam Wasze opinie.

Ula :*


-
Śląska Prohibicja
ul Krawczyka 1
Katowice-Nikiszowiec

strona www
facebook
instagram





8 lutego 2019

Fine Dining Week!







Festiwal sztuki restauracyjnej Fine Dining Week już wystartował w największych miastach Polski! Cel jaki stawiają sobie organizatorzy Festiwalu to promowanie sztuki restauracyjnej i unikalnego doświadczenia tzw. fine diningu oraz zrozumienia jego istoty.

To nie jest tylko jedzenie, paliwo dla ciała - ale doświadczenie, eksperyment, w którym możemy skonsumować - dosłownie - kulinarne dzieło sztuki.
Dania te nie tylko intrygująco wyglądają - są one skonstruowane tak, aby dostarczyć odbiorcy wielowymiarowego doznania estetycznego. Smaki przenikają się, dania zaprojektowane są często w taki sposób, aby poszczególne doznania smakowe uwalniały się w odpowiedniej kolejności. Gładki krem z pieczonego ziemniaka kontrastuje ze strukturą ugniecionego, kukurydzianego puree, jest dotyk suchego, ciepłego ziarna popcornu, a na koniec zetknięcie z lodami z maślanki. Proste, zwykłe, przaśne składniki: ziemniak, kukurydza, maślanka są potraktowane takimi technikami gotowania, które wydobywają z nich zupełnie nowy ładunek.




Często fine dining bywa opacznie rozumiany - jako próżne pochylanie się nad talerzem z jedzeniem.
To bardzo duże uproszczenie, takie samo jak twierdzenie, że muzyka ma służyć tylko do zabawy, a malarstwo do tworzenia realistycznych odwzorowań świata. Z drugiej strony nie dziwi rodzące się, nieświadome oburzenie, że ludzie zachwycają się tymi mikro-daniami, gdy świat cierpi głód.

W tymi miejscu warto jednak uświadamiać, że dzięki pracy szefów kuchni, którzy zgłębiają swój warsztat i pracują nad rozmaitymi technikami, odkrywane i promowane jest podejście, które przekłada się na codzienny stosunek do jedzenia popularyzowany społecznie.
Sezonowość w kuchni, od której odeszliśmy w czasach boomu konsumenckiego i promowania dostępności wszystkiego, zawsze i wszędzie, zaczęła być wreszcie podkreślana w kartach menu,
w ofertach dobrych restauracji już kilka lat wstecz. Bardzo cieszy to, że stało się już nie tylko modne ale i na powrót potrzebne jedzenie tego, co jest bliskie naszej szerokości geograficznej i porze roku.

Przedstawiciele branży kulinarnej zaczęli zawracać trendy w kulinariach na właściwy tor szukając sposobu na obniżanie tzw. food-costu przy jednoczesnym dbaniu o wysoką, nienaganną jakość. I często byli to szefowie kochający swój zawód, pracujący w renomowanych restauracjach oferujących także fine dining, którzy szkolą się i podążają za tym co aktualne, co jest odpowiedzią na problemy współczesnego świata, gdzie marnuje się mnóstwo jedzenia i energii.

Niezwykłym przykładem jest także to, że Fine Dining Week sposorowany jest przez Grundig który promuje ideę RespectFood - szacunku do jedzenia i przeciwdziałania marnowaniu żywności. Ambasadorem tej idei jest Massimo Bottura - szef kuchni i właściciel Osteria Francescana (najlepszej restauracji świata z trzema gwiazdkami Michelin) oraz pomysłodawca projektu non-profit Food for Soul, którego celem jest promowanie świadomości społecznej na temat przeciwdziałania marnowaniu żywności i pomocy w walce z głodem.
Wczoraj w Warszawie odbyła się kolacja z Massimo Botturą w duchu RespectFood, gdzie wykwintna kolacja serwowana była z produktów, które zazwyczaj traktuje się w kuchni jako odpady.



Jeśli macie ochotę na doświadczenie sztuki restauracyjnej i być może lepsze zrozumienie jej specyfiki, zachęcam do wzięcia udziału w Festiwalu. To nie będzie zwykła kolacja: raczej koncert smaków w wyjątkowej atmosferze. Na degustację będziecie mieć komfortowy czas 120 minut. Koszt 5 daniowego setu to 119zł za osobę. Aby dokonać rezerwacji trzeba wejść na stronę Fine Dining Week, zarejestrować się, wybrać restaurację, ilość gości, termin i godzinę rezerwacji oraz warianty menu: mięsne lub wegetariańskie, a następnie opłacić rezerwację.

Festiwal Fine Dining Week trwa do 17 lutego w największych Polskich miastach i po raz pierwszy na Śląsku!
Restauracje, które biorą udział w naszym regionie to:
- w Katowicach: Cadenza, Isto, Villa Gardena, Hotel Monopol Restauracja Cristallo,
- w Bielsku-Białej: Dworek New Restaurant,
- w Piekarach Śląskich: Rezydencja Luxury Hotel,
- w Gliwicach: Plado,
- w Pyskowicach: Umami.






W ramach festiwalu odwiedziliśmy restaurację Plado w Gliwicach. Z racji tego, że zdecydowaliśmy się na wieczorną porę degustacji, zdjęcia jakie Wam dzisiaj przedstawię jakościowo pozostawiają wiele do życzenia, ale zapewniam Was, że to była uczta dla oczu, węchu, smaku i dotyku.

Zostaliśmy ciepło przywitani, czekał już na nas pięknie przygotowany stolik. Plado oferuje możliwość dodatkowo płatnego (ok. 70 zł) pairingu alkoholowego lub bezalkolowego - czyli podania do każdego dania osobnego trunku/napoju w degustacyjnej ilości, który będzie idealnie komponował się ze smakami na talerzu.
Zostaliśmy poczęstowani amouse bouche - chlebem z wędzonym masłem oraz czarką kremu z kimchi i kiszonek.
Po tym poczęstunku wystartowały zestawy 5 dań, składające się z: zimnej przystawki, zupy, 2 dań głównych oraz deseru, który przed drugim daniem głównym został jeszcze wzbogacony extra przerywnikiem: sorbetem z pietruszki i selera naciowego z nutą miodu, dla oczyszczenia kubków smakowych.
 




Byłam oczarowana nie tylko miejscem samym w sobie - pięknym, komfortowym, dopieszczonym w detalach - ale przede wszystkim kolacją w całości. To był jeden utwór rozbity na 5 przenikających się części, fajnie dopasowanych, zgranych ze sobą.

Urzekły nas zupy: bulion z jesiotra z kawałkami ryby stir-fry i kolendrą (tak, mój mąż mimo, że nie cierpi bulionów, wczoraj pokochał je na nowo!) oraz kremem z pieczonego ziemniaka z kukurydzą w dwóch wersjach (gnieciona oraz popcorn) i lodami z maślanki. Była wspaniała barwena z jusem z krewetek, było arancini, którego fanką nie jestem, a jednak zadowolił przyjemny smak wędzonego sera i kiszonych, sezonowych pomidorów, zebranych w lecie z własnej uprawy, były buraki w trzech odsłonach z kozim serem, wegetariański gołąbek z aromatycznym gulaszem z warzyw oraz piękne desery - jeden z nich strzelał na języku i przywoływał wspomnienia z dzieciństwa. Wróciliśmy do domu zrelaksowani i wdzięczni za takie doświadczenie, a ja jeszcze do późnej nocy przeglądałam relacje z warszawskiego spotkania z Massimo Botturą i czytałam o jego projektach.

To co jest jedzeniem zwykłych ludzi, przez wieki kojarzone z ubóstwem wyniesione zostało na piękne talerze gwiazdkowych restauracji. I ktoś taki jak Massimo Bottura, pełen pasji do swojego fachu odnalazł szlachetną ideę wykorzystywania jedzenia w pełni oraz godnego karmienia ludzi będąc nadal wpływowym w kręgach tytułowanych szefów kuchni. Teraz z powrotem przywraca te proste, skromne ale pełne smaku składniki z wyżyn fine diningu na pospolite, codzienne talerze. I to jest piękne<3 p="">!


2 lutego 2019

Frytki z batatów



Początek stycznia rozkochał mnie w zimie. Spadł śnieg, chwycił mróz, mroźne poranki zaczęły zaskakiwać teksturami zmrożonych szyb i kałuż. Dwa tygodnie temu przytrafiła nam się prawdziwa szadź - kiedy zobaczyłam ten znaczek podkreślonej chmurki w pogodowej aplikacji w moim telefonie wiedziałam, że poranek będzie zjawiskiem. Dobrze, że posłuchałam intuicji i naładowałam baterię do aparatu.

Obudziłam się w innym świecie - w świecie z kryształu, z diamentowymi drzewami, z jednakowo białymi, matowymi samochodami jakby wyciągniętymi żywcem z programu do animacji 3D. Sunęłam powoli przez miasto w zachwycie, a za miastem zaparkowałam samochód pod lasem i poszłam fotografować.

Kiedy wróciłam ze zdjęć z przemarzniętymi palcami i nosem, pokroiłam jedną, wielką bulwę batata w łódeczki. Moje dzieci uwielbiają frytki z warzyw, więc rozgrzałam piekarnik i wrzuciłam na blachę batat z garam masalą i dorzuciłam korzeń pietruszki. W domu zrobiło się jeszcze cieplej od zapachu przypraw, a ja po raz kolejny w styczniu zakochałam się w zimie.




Frytki z batatów

  • 1 duża bulwa batata
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka przyprawy garam masala 
  • 1 łyżeczka papryki słodkiej
  • sól, pieprz 
  • kilka kropel soku z cytryny
  • dowolny ser owczy(feta, bryndza)
  • łyżka nasion słonecznika

Batata obieramy i kroimy w łódeczki. Wrzucamy do miski, dodajemy oliwę i przyprawy, mieszamy.
Blachę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na nim kawałki batatów.
Pieczemy 30 minut w temperaturze 190 st.C.

Słonecznik prażymy na suchej patelni.

Upieczone bataty przekładamy na talerz, posypujemy słonecznikiem i pokruszoną fetą. Skrapiamy lekko sokiem z cytryny.




23 grudnia 2018

Sernik krakowski




Za siedmioma górami i siedmioma lasami stał Wigilijny Stół, a wszystkie krzesła przy Stole były zajęte, natomiast talerz dla strudzonego wędrowcy nie kojarzył się jeszcze z tymi, których za parę lat zabraknie.

Zapachy unoszące się z wielkich garów w kuchni mieszały się z zapachami perfum, a dźwięk nakrywania do Stołu łączył się ze śmiechem Mamy i muzyką kolęd puszczaną w salonie przez Tatę. W odświętnych ubraniach doprawiałyśmy barszcz, uważając aby na jasnych bluzkach nie wykwitła czerwona plama.

Ktoś zapukał do drzwi, to Babcia i Dziadek z torbą prezentów i dwoma blachami ciasta. To był zawsze ten sam zestaw - jabłecznik i sernik krakowski, obydwa pieczone przez mojego Dziadka, zawsze z tego samego przepisu.






Dzisiaj dzielę się z Wami przepisem na ten sernik. Jest bardzo prosty w przygotowaniu. Nie trzeba mieć mielonego sera, bo używając blendera ręcznego ser będzie zmielony na wystarczająco gładką masę. To typowy sernik krakowski: ciężki i zbity, aromatyczny i słodki. Jestem pewna, że to najlepszy przepis  dla tych, którzy nie mają doświadczenia w pieczeniu tego typu ciast.


Sernik krakowski


Ciasto kruche:
  • 350g (2 1/4 szklanki) mąki
  • 200g (1 paczka) masła
  • 60g (ok. 5 łyżek) cukru pudru
  • szczypta soli
  • 4 żółtka
Masa sernikowa:

  • 1 kg tłustego białego sera (nie z wiaderka)
  • 150g cukru pudru (1,5 szklanki)
  • 5 jajek
  • 60g mąki ziemniaczanej (1/3 szklanki plus łyżka)
  • 100ml śmietanki kremówki
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej lub cukier z wanilią
  • 100g masła w temp. pokojowej
  • skorka starta z 1 niewoskowanej cytryny
  • opcjonalnie: 100g rodzynek obtoczonych w łyżce mąki ziemniaczanej
Lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1/2 szklanki cukru pudru




Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy masło, cukier puder i sól, szybko zagniatamy, aż ciasto będzie miało konsystencję piasku. Dodajemy żółtka i zagniatamy szybko jednolite ciasto. Formujemy dysk i wkładamy do lodówki na 30 minut.

Nagrzewamy piekarnik do 180 st. C.
2/3 ciasta wałkujemy cienko (3-5mm) i wykładamy nim dno prostokątnej blachy wyłożonej papierem do pieczenia. Nakłuwamy widelcem. Pieczemy 10 minut. Studzimy.

Zmniejszamy temperaturę w piekarniku do 160 st. C.

Do dużej miski wkładamy ser. Jeśli zamierzacie użyć blendera do miksowania (polecam, dużo mniej mycia) to ser może nie być mielony.
Jeśli chcecie użyć tradycyjnego miksera ser musi być zmielony, natomiast nie polecam do tego przepisu sera z wiaderka.

Do sera dodajemy cukier puder, jajka, mąkę ziemniaczaną, śmietankę, esencję waniliową, miękkie masło oraz skórkę cytrynową. Blendujemy wszystko ręcznym blenderem na gładką masę.
Dodajemy rodzynki obtoczone w mące ziemniaczanej i mieszamy delikatnie szpatułką.

Przekładamy masę sernikową na podpieczony spód, wygładzamy. Odłożoną część ciasta wałkujemy i kroimy na długie paski. Na wierzchu sernika układamy kratkę z pasków (ja tym razem wycięłam gwiazdki i ułożyłam wzór w świątecznym klimacie).

Pieczemy 60 minut w temperaturze 160 st. C.
Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i zostawiamy sernik w piekarniku do całkowitego wystygnięcia.

Wystudzone ciasto lukrujemy.



9 listopada 2018

Hummus z dynią




Czy każda pora roku ma swój zmysł przewodni?
Wiosną jest nim wzrok.
Latem dotyk.
Zimą słuch.

A jesień to zapachy. Liście, las, pierwsze rozgrzewające herbaty, imbir, cynamon, jabłka, wiatr w szaliku, grzyby, szarlotka. Zapach pieczonej dyni.
Wystarczy ją przekroić na pół i włożyć do piekarnika na kilka chwil, aby w domu zapachniało dobrem. Kiedy dynia się piecze, dzieci schodzą się do kuchni z całego domu, ze swoich kryjówek i pytają co robię na obiad. Lubię te momenty, tych małych strudzonych wędrowców oderwanych od codziennych zabaw, od najważniejszych na świecie spraw.
Miąższ, który podjadamy z dziećmi łyżeczką, pakuję później do słoików i zamrażam. Mam już kilkanaście słoiczków. Odliczam nimi tygodnie do wiosny. Ile jeszcze dyniowych zup i hummusów powstanie zanim ptaki do nas wrócą?








Hummus dyniowy

  • 400g ugotowanej ciecierzycy
  • 1 dynia hokkaido
  • 120g tahini
  • sok z jednej cytryny
  • 3 ząbki czosnku
  • sól

    Do podania:
  • 3 upieczone marchewki
  • szczypta papryki słodkiej
  • natka pietruszki
  • ziarna sezamu
  • oliwa z oliwek

Przekrojoną na pół dynię skrapiam oliwą, układam na blasze, obok kładę przekrojone wzdłuż marchewki oraz ugotowane ziarenka ciecierzycy i wkładam blachę do piekarnika nagrzanego do 180 st. C na 30 minut. Łyżką wydrążam miąższ z dyni. Marchewkę i ziarenka ciecierzycy odkładam.
Ciecierzycę, dynię, zmiażdżony czosnek, tahini, sok z cytryny i sól blenduję na gładką masę.

Hummus przekładam do miski, robiąc łyżką zagłębienia, polewam oliwą, posypuję pietruszką, sezamem i ziarenkami ciecierzycy. Takie dyniowy hummus cudownie komponuje się z pieczoną marchewką - taki jadłam w katowickiej Amforze i jeśli macie ochotę zjeść go w przepięknym wnętrzu przy dźwiękach orientalnej muzyki - nie włączajcie piekarnika, odłóżcie dynię i jedźcie do Katowic na Francuską 1a :)








25 października 2018

Restaurant Week Polska - Destynacja Restauracja





Festiwal restauracji już trwa!  Tej jesieni możecie wybrać się w podróż kulinarną w dowolny zakątek świata - hasło przewodnie festiwalu Restaurant Week brzmi "Destynacja - Restauracja", a w wydarzeniu uczestniczą restauracje o tak różnorodnym charakterze kuchni, że każdy na pewno znajdzie w menu swoje ulubione smaki. Festiwal trwa do 31 października, a więc macie ostatnią szansę, aby zarezerwować festiwalowy stolik na stronie www.restaurantweek.pl

Tej jesieni zostałam zaproszona do udziału w Festiwalu jako ambasadorka #silesiarestaurantweek, który odbywa się na terenie Śląska, Zagłębia i Bielska-Białej, tak więc miałam okazję odwiedzić nowe restauracje, a także poznać niezwykle ciekawych ludzi i przy okazji próbowania festiwalowego menu dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o kulinarnych i gastronomicznych inicjatywach w naszym regionie.




Zasady Festiwalu Restaurant Week?

Każda z restauracji biorących udział w Silesia Restaurant Week (17-31 października) przygotowała dwie propozycje trzydaniowego menu, na które składa się przystawka, danie główne oraz deser. Cena menu dla jednej osoby to 49 zł. Ponadto w ramach ceny każdej rezerwacji na Gości Festiwalu, czekać będzie prezent od sponsora wydarzenia - darmowy koktajl Martini Tonic! Warto nadmienić, że do grona restauracji znanych z poprzednich edycji Festiwalu w regionie Silesia dołączyły zupełnie nowe lokale, w tym nowo otwarte katowickie restauracje jak Amfora, ISTO czy Prodiż Nero. W Silesia Restaurant Week biorą udział aż 33. restauracje z Katowic, Gliwic, Tarnowskich Gór, Tychów, Mysłowic, Chorzowa, Siemianowic Śląskich, Bytomia, Zabrza, Pyskowic, Czeladzi, Dąbrowy Górniczej, Sosnowca oraz Bielska-Białej.  


Co mi się podoba w idei Festiwalu?

Na pewno to, że w przystępnej cenie (49 zł/ os. za trzydaniowe menu) możemy zjeść fajny, kompletny obiad/kolację, a sety festiwalowe skomponowane są bardzo przekrojowo, przedstawiając zazwyczaj najbardziej popularne potrawy w danej restauracji. Oczywiście większość miejsc prezentuje menu w wydaniu sezonowym, co jest ogromnym plusem i dodaje uroku jesiennej edycji Restaurant Week. W próbowanych przez nas potrawach przewijały się więc grzyby, dynia, pieczone korzenne warzywa, jabłka, gruszki, figi, a nawet rokitnik, na który teraz jest najlepsza pora. Każda restauracja jednak w inny sposób interpretuje jesienne smaki, a szefowie kuchni stosują różne techniki, aby zamknąć smaki w specyficzny dla swojego warsztatu i swojej restauracji sposób.


Na co warto zwrócić uwagę?

W czasie rezerwowania stolika na stronie trzeba wybrać nie tylko konkretną datę, ale także godzinę, a przedziały czasowe są z góry określone. Dlaczego? Otóż na skonsumowanie festiwalowego setu będziecie mieć 1,5 godziny. Większość restauracji bez problemu wydaje wszystkie posiłki w tym czasie, ponieważ kuchnia już wcześniej wie, ile osób przyjdzie na daną godzinę, jednak jeśli zarezerwujecie sobie stolik w godzinach szczytu, może być tak, że spotkacie się z lekką obsuwą, zwłaszcza przy domawianiu pozycji spoza menu Restaurant Week.  Nie zdarzyło nam się to w żadnej restauracji, jednak słyszałam takie głosy - nie były to jednak duże opóźnienia. Serwis i tak jest szybszy niż przy standardowym zamawianiu z karty!

Zachęcam też do tego, aby nie zrażać się wielkością porcji, zwłaszcza na etapie przystawki. Taki trzydaniowy set zjedzony w 90 minut to naprawdę duża dawka jedzenia, a więc zapewniam Was, że po deserze z pewnością nie wyjdziecie głodni z restauracji.






Festiwalowe dania w Restaurant & Cocktail Bar Amfora, Katowice - kuchnia Bliskiego Wschodu



Miejsca, które odwiedziłam

Udało mi się odwiedzić 2 spośród 3 zupełnie nowych restauracji w Katowicach: Isto i Amfora oraz Moodro Restaurant, która działa już kilka lat przy Muzeum Śląskim.

Z chęcią przygotuję w przyszłości osobne wpisy o tych miejscach jednak nie mogę się powstrzymać aby nie zachęcić Was do spróbowania:
- obłędnego kremu z kiszonej kapusty oraz chleba na 20-letnim zakwasie w Restauracji Isto,
- pstrąga na soczewicy i lodów kasztanowych w Moodro
- aksamitnego hummusu z dynią i kibbehu w Amforze.

We wszystkich tych restauracjach testowałam menu wegetariańskie i jestem zaskoczona tym, jak dopracowane smaki czekają na tych festiwalowiczów, którzy mięsa nie jedzą - ja sama wegetarianką nie jestem, ale nie żałuję wyboru menu w wariancie B. Wiem też, że menu mięsne jest równie ciekawe (w Isto znajdziecie golonkę, w Moodro kozinę, a w Amforze kotlet wołowy z bakłażanem i arabskimi kiszonkami). Naprawdę jest co zjeść!

Festiwal kończy się za parę dni, dlatego jeśli macie ochotę na taką kulinarną podróż rezerwujcie stolik już dzisiaj!

www.restaurantweek.pl





Festiwalowe menu w Restauracji Moodro