2 listopada 2020

Krem z pomidorów i papryki

krem z pomidorów
 

Mam świadomość, że sezon już się zamyka, aby dać przestrzeń na wegetację roślin, ale nie chcę czekać do przyszłego roku z publikacją przepisu na tę zupę, kremową, słodko-kwaśną i będącą dla mnie kwintesencją wrześniowo-październikowej kuchni. Poza sezonem do jej przygotowania można użyć pomidorów w zalewie lub passaty, papryka jeszcze jest dostępna, po sezonie zaś polecam mrożoną.

 

krem z pomidorów i papryki

krem z pomidorów i papryki


Krem z pomidorów i papryki

6 porcji
  • 1,5 kg dojrzałych pomidorów (lub pomidorów z zalewy)
  • 400g passaty pomidorowej
  • 4 duże, czerwone papryki
  • 4 fileciki anchovies
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • szczypta płatków chilli
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 2 łyżki masła
  • 200 ml śmietany 30%
  • sól,  czarny pieprz


Pomidory sparzamy wrzątkiem i obieramy ze skórki. Paprykę czyścimy z gniazd nasiennych i układamy na blasze skórą do góry. Pieczemy w piekarniku w temp. 230st.C pod grillem aż skorka nie zrobi się czarna. Przekładamy do miski i szczelnie nakrywamy, odstawiamy na 15 minut. 

Po 15 minutach obieramy paprykę ze skórki i kroimy na drobne kawałki. 

Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy posiekaną cebulę, czosnek, dodajemy filety anchovies. Smażymy na średnim ogniu 10 minut czas mieszając, aż cebula będzie szklista i miękka, absolutnie nie przyrumieniona, a filety całkowicie się rozpuszczą. Wrzucamy upieczoną paprykę oraz przyprawy (płatki chilli i paprykę wędzoną) i smażymy 5 minut. Dorzucamy pomidory, zalewamy passatą, solimy i dusimy 20 minut. 

Po tym czasie blendujemy całość na gładki krem, wlewamy śmietanę. 

Podajemy:

- z pesto bazyliowym, 

- lub ze startą mozarellą wsypaną na dno miseczki i zalaną gorącą zupą

- z grzankami

---

Jeśli spodobał Ci się ten przepis daj znać w komentarzu :)

Możesz oznaczyć tez zdjęcie potrawy z tego przepisu na Instagramie tagując profil: @foodnotes_studio, a ja chętnie udostępnię efekty Waszego gotowania :)


6 maja 2020

Jak zrobic zakwas na chleb?




Przygotowanie zakwasu na chleb jest bardzo proste. Dwa składniki i przy dobrych wiatrach pięć dni oczekiwania. Czyż to nie jest niesamowite, że do powstania tych drogocennych bakterii, które spulchniają chleb potrzeba tylko mąki, wody, powietrza... i naszej uważności? To ta ostatnia ma decydujący wpływ na sukces domowej piekarni - mówię to ja, ta która niejeden zakwas niedokarmiła na czas, niejeden chleb piekła w środku nocy, zapomniawszy o tym, że wyrasta, nie wspomnę o bochenkach, które wyrastały zbyt długo, aż tracąc nadzieję, że sobie o nich przypomnę, zapadały się w sobie a w piekarniku zamieniały się w rozlane placki :)

Jednak jak mówią: sztuka czyni mistrza.
Zacznijmy więc od zakwasu, a pod przepisem na zakwas podaję linki do wypieków z wykorzystaniem zakwasu. 






Zakwas żytni na chleb

do wykorzystania zarówno w żytnich 
jak i pszennych wypiekach 

  • mąka żytnia razowa (2000)
  • woda
oraz
  • wyparzony, litrowy słoik
  • drewniana pałeczka/łyżka do mieszania
  • gaza i recepturka
  • miarka lub szklanka o pojemności 250ml do odmierzania

Dzień 1 (najlepiej rano)

Do wyparzonego słoika wsypujemy 1 szklankę (płaską) mąki żytniej razowej i wlewamy 1/2 szklanki wody w temperaturze pokojowej. Dokładnie mieszamy tak, aby nie było grudek mąki. Nakrywamy słoik, ale tak aby miał dostęp do powietrza - najlepiej sprawdza się gaza i recepturka, ale może tez być talerzyk, lub niedokręcona zakrętka od słoika.

Odstawiamy zakwas na 24h do fermentacji w ciepłe miejsce.

Dzień 2

Po 24h mieszanina prawdopodobnie będzie wyglądała tak samo jak dzień wcześniej, być może pojawi się jakiś pojedyńczy bąbelek powietrza - nie martwcie się, wszystko jest w porządku.

Odlewamy połowę tej mieszaniny - w słoiku ma zostać tylko połowa.
Dosypujemy 1 szklankę mąki żytniej razowej i 1/2 szklanki letniej wody (jeśli hodujecie zakwas w czasie upałów to ta woda może być zimna). Mieszamy dokładnie, nakrywamy, odstawiamy na 24h.

Dzień 3

Dzisiaj zakwas ma już lekko owocowy, przyjemny dla nosa aromat. Można też zauważyć bąbelki.
Od 3 do 5 dnia będziemy karmić zakwas dwa razy dziennie (co 12h) - najlepiej rano i wieczorem. 

Do każdego karmienia bierzemy tylko ok. 120g zakwasu (to jest nieco ponad 1/2 szklanki). Za każdym razem resztę "wyrzucamy" (do wykorzystania w wypiekach, plackach, gofrach, naleśnikach).
Do pozostałej części zakwasu dodajemy 1 szklankę mąki żytniej razowej oraz 1/2 szklanki wody.
Mieszamy dokładnie, nakrywamy, odstawiamy na 12h.
Po 12h znowu bierzemy z zakwasu tylko 1/2 szklanki i dokarmiamy 1 szklanką mąki i 1/2 szklanką wody. Mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na 12h.

Dzień 4

Powtarzamy wszystkie kroki z dnia poprzedniego czyli 2 karmienia (co 12h):
- za każdym razem bierzemy tylko 1/2 szklanki z zakwasu
- dokarmiamy: 1 szkl. mąki i 1/2 szkl. wody
- mieszamy, odstawiamy

Dzień 5

Powtarzamy wszystkie kroki z dnia poprzedniego.
Pod koniec tego dnia lub rano dnia 6 zakwas powinien być już gotowy: wyraźne pęcherzyki powietrza, kwaskowaty ale nie uderzająco-octowy aromat, widoczna na ściankach słoika aktywność (powinien podwoić swoją objętość).
Jeśli nadal uznajecie, że jest słaby - powtórzcie wszystkie kroki w dniu 6 i 7.
Jeśli uznacie, że jest gotowy: dokarmcie go - weźcie 1/2 szklanki zakwasu i dokarmcie go tak jak co dzień. Odstawcie na ok. 6-7 godzin.
Po tym czasie przełóżcie swój gotowy zakwas do czystego, wyparzonego (i ostudzonego) słoika, w którym docelowo chcecie go prowadzić. Przełóżcie tylko tyle ile potrzeba - zalecam 1 szklankę, resztę "wyrzućcie". Dodajcie 1 szklankę mąki i 1/2 szklanki wody i zostawcie słoik z zakwasem w temperaturze pokojowej na 4 godziny, aż ruszy.
Przykryjcie zakrętką (niedokręcajcie) i schowajcie zakwas do lodówki.

Dokarmianie zakwasu
Raz w tygodniu zakwas trzeba wyjąć z lodówki, zostawić aby się nieco ocieplił (na 1-2 godziny) i dokarmić 1 szklanką mąki żytniej i 1/2 szklanki wody. Nakryć i zostawić na 4-5 godzin aby "ruszył" a potem schować do lodówki.
Jeśli w słoiku wyhodujecie więcej niż 1 szklankę zakwasu - pamiętajcie aby nadmiar usuwać. Dzięki temu zakwas będzie rósł w siłę i nie będzie się "rozleniwiał".


Ta konkretna metoda hodowania zakwasu pochodzi od Jeffreya Hamelmana, mojego guru chlebowego, autora książki "Chleb" i szefa King's Arthur Bakery.


Co zrobić z nadmiarem zakwasu?


Usuwanie nadmiaru zakwasu przy dokarmianiu jest konieczne, ponieważ bez tego zabiegu mielibyśmy w słoiku ogromną ilość bakterii do wykarmienia - przez to cała kultura zakwasu stawałaby się coraz słabsza z dnia na dzień.
Dlatego ważne jest aby pilnować ilości zakwasu do dokarmienia.
Co zrobić z nadmiarem?
Można dodać do:
- gofrów,
-pankejków,
-naleśników,
-muffinów,
-do ciasta na pizzę itd.
Są w nim pożyteczne kultury bakterii więc naprawdę warto wykorzystać to dla zdrowia i w duchu #zerowaste.Uważajcie jednak z ilością, bo jeśli za dużo go wlejecie do ciasta to może wyjść zakalec.

Przepisy na chleby z wykorzystaniem zakwasu:

 

http://www.foodnotes.pl/2015/10/chleb-zytni-na-zakwasie-90.html http://www.foodnotes.pl/2015/10/chleb-zytni-na-zakwasie-90.html http://www.foodnotes.pl/2020/04/chleb-gryczano-zytni-na-zakwasie.html http://www.foodnotes.pl/2020/04/chleb-gryczano-zytni-na-zakwasie.html

25 kwietnia 2020

Domowe rożki do lodów


Inauguracja sezonu lodowego przypadła nam na czas kwarantanny - dlatego postawiliśmy na domową produkcję - były lody waniliowe, takie tradycyjne na śmietance gotowanej z laską wanilii i z żółtkami. Zrobiłam zaledwie pół litra - więc lody zniknęły w mgnieniu oka. W czasie kiedy się mroziły (nie mam maszynki do lodów więc mieszałam je co pół godziny zwykłym mikserem) postanowiłam spróbować zrobić rożki do lodów wg receptury Davida Lebovitza.

Przepis na domowe rożki do lodów jest banalnie prosty - piana z białek z cukrem i solą, do tego trochę mąki i przestudzone, rozpuszczone masło. Ciasto rozsmarowuje się cieniutko na papierze do pieczenia i piecze 10 minut. Najtrudniejszym momentem przygotowania jest zwinięcie placków w rożki - trzeba to zrobić sprawnie, tuż po wyjęciu z piekarnika, ponieważ placki szybko twardnieją. Dlatego zawczasu przygotujcie sobie porządną rękawicę ochronną, metalową szpatułkę, a jeśli posiadacie do tego metalowy rożek do formowania wafli - to szczęściarze z Was. Ja takiego cuda nie posiadam, ale i bez niego udało mi się uformować rożki. Za pierwszym razem wyszły mi grubsze, za drugim razem nabrałam wprawy, zrobiłam cieniutkie placki na osobnych kawałkach papieru, aby móc je formować po jednym.






Rożki do lodów

wg Davida Lebovitza
 przepis na 6 sztuk

  • białka z 2 dużych jajek
  • 7 łyżek cukru
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można pominąć)
  • duża szczypta soli
  • 2/3 szklanki mąki
  • 2 łyżki rozpuszczonego i ostudzonego masła (ja lekko przyrumieniłam masło)
Piekarnik nagrzać do 175 st. C
Białka ubić z solą, aż będą lekko sztywne (uważać, aby nie przebić białek), dodać łyżkę cukru, ubijać na najwyższych obrotach. Dodawać po łyżce cukru, cały czas miksując, aż powstanie sztywna, błyszcząca piana. Dodać ekstrakt waniliowy, zmiksować.
Mieszając wsypać połowę mąki, połączyć, następnie wlać rozpuszczone masło, na koniec dodać resztę mąki i dokładnie wymieszać, aż powstanie masa o gładkiej konsystencji.

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia i nałożyć 1 kopiastą łyżkę masy i uformować łyżką cienki placek o średnicy 15 cm - na jednej blaszce mieszczą się dwa takie placki.

Blachę włożyć do pieca na 10-15 minut w zależności od piekarnika - po 10 minutach sprawdzić czy placki są już zarumienione na brzegach - to oznacza, że są gotowe. Po upieczeniu wyjąć z piekarnika i używając metalowej szpatułki podważyć placek a następnie odkleić go od papieru do pieczenia formując rożek. Rożek będzie od razu twardniał więc trzeba to robić naprawdę szybko tym bardziej, jeśli na blaszce czeka jeszcze jeden placek do uformowania (może za szybko stwardnieć i nie dać się uformować - dlatego polecam piec placki na jednej blaszce, ale na dwóch osobnych kawałkach papieru tak aby wyciągać je pojedynczo z piekarnika). Uformowane rożki dobrze włożyć do kubka aby dobrze przestygły i się nie zdeformowały.
Po uformowaniu papier zdjąć z gorącej blachy, położyć na blacie i formować na nim kolejne placki - na gorącej blasze ta czynność jest bardzo utrudniona.


Jakie lody lubicie najbardziej?

Jeśli ten przepis okazał się dla Ciebie przydatny - daj znać w komentarzu :)
Jeśli masz pytania - zadaj je w komentarzu pod postem, pomogę :)

8 kwietnia 2020

Sos chrzanowy wielkanocny



Przymykam powieki i przypominam sobie dzieciństwo, Triduum Paschalne, które spędzałam u dziadków, tajemniczą atmosferę oczekiwania w kościele, do którego zabierała mnie Babcia.
Kwitnące na żółto forsycje, którymi obsadzone jest osiedle, wymiecione chodniki i małe ogródki przed wejściem do klatek w blokach, z wyczesanymi po zimie trawnikami i prześwitami świeżej, wiosennej ziemi.
Mieszkanie dziadków pachnące ciastem, jajkami na twardo zafarbowanymi na głęboki, bordowy kolor. Pamiętam zapach pasty do podłogi, prostych prl-owskich mebli. Odgłosy dwóch telewizorów, które chodziły na okrągło, a dla mnie jako dziecka były - oprócz Mszy Świętej, ciastowego baranka, gałązek bukszpanu i wacianych kurczaczków - stałym elementem nie tylko świąt, ale tego mieszkania w ogóle.
Świąteczne śniadanie na niskiej ławie w pokoju, haftowana serweta i wielkanocne przysmaki oraz Dziadek, który zawsze przynosił z lodówki miseczkę z sosem śmietanowo-chrzanowym i był jego największym wielbicielem. Ten sos to stały element naszego Wielkanocnego  stołu.




Sos polski wielkanocny

  • 1 szklanka śmietany 30%
  • 3 jajka ugotowane na twardo
  • 1 łyżka posiekanego szczypiorku
  • 1 łyżka tartego chrzanu
  • opcjonalnie 1 płaska łyżeczka cukru lub miodu /można pominąć jeśli używamy doprawionego chrzanu/
  • sól, pieprz
  • sok z 1/2 cytryny
Jajka ścieram na tarce na grubych oczkach do miski, dodaję wszystkie pozostałe składniki, mieszam. Doprawiam solą i pieprzem. Odstawiam do lodówki na kilka godzin (najlepiej na całą noc).
Podawać do jajek ugotowanych na twardo i wędlin.
Jeśli chcecie aby sos był bardziej gęsty, użyjcie śmietany pół na pół z majonezem.



4 kwietnia 2020

Chleb gryczano-żytni na zakwasie






W czasie epidemii za każdym razem gdy dokarmiam mój żytni zakwas w sercu mam modlitwę wdzięczności za tę małą kulturę bakterii, dzięki której możemy mieć w domu własny chleb, bez wychodzenia do piekarni.
Dzisiaj chcę Wam przedstawić chleb, który naprzemiennie z powszednim żytnim jemy w ostatnim czasie na co dzień. Raz na jakiś czas pieczemy coś pszennego: pizzę, bułeczki albo pszenny chleb na zakwasie, jednak od jakiegoś czasu udaje nam się utrwalać w naszym domu nawyk sięgania do chlebów bez dodatku pszenicy, lub z jej mniejszym udziałem. Nie mamy powodu wykluczać glutenu całkowicie, jednak zostawiamy go sobie na specjalne okazje, poza tym występuje on przecież w wielu innych produktach, nie tylko w chlebie, więc mamy go pod dostatkiem :)

Na początku  ze strony dzieci było marudzenie, dlaczego nie ma białego chlebka. Zaczęłam więc "udoskonalać" takie ciemniejsze pieczywo robiąc z niego tosty francuskie, zapiekanki i grzanki do zupy. Dzieci to zaakceptowały, a towarzystwo jest już całkiem, całkiem przyzwyczajone.

W drodze do mnie jest już duże zamowienie mąki orkiszowej, więc na dniach spodziewajcie się kolejnych chlebowych kombinacji :)
Zapraszam także do śledzenia moich kanałów społecznościowych, na których dzielę się kulinarnymi przygodami oraz kulisami mojej pracy w fotografii kulirnarnej:

PROFIL NA INSTAGRAMIE
PROFIL NA FACEBOOKU
Jeśli macie ochotę zobaczyć co robię zawodowo zapraszam do przejrzenia portfolio:
www.ulademczuk.plhttp://www.ulademczuk.pl





 

Chleb gryczano-żytni za zakwasie

składniki na 1 keksówkę o długości 18cm, max. 22cm

Zaczyn:

  • 2 łyżki aktywnego zakwasu w temperaturze pokojowej
  • 100g mąki gryczanej
  • 50g mąki żytniej chlebowej
  • 100g letniej wody

Zaczyn najlepiej przygotować wieczorem ok. 20:00 jeśli chcemy piec chleb rano następnego dnia. 
Wszystkie składniki zaczynu mieszamy w misce do połączenia się - aż utworzą gęstą pastę.
Miskę przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce (ok. 21st.C) na 12-14h.

Ciasto właściwe:

  • cały dojrzały zaczyn
  • 150g mąki gryczanej
  • 50g mąki żytniej chlebowej
  • 150g letniej wody
  • 1 pełna łyżeczka soli

Składnik dokładnie mieszam (można użyć miksera). Miskę przykrywam i odstawiam na 1 godzinę w ciepłe miejsce, aż zwiększy objętość.
Po upływie godziny przekładam ciasto do keksówki: blaszaną natłuszczam i wysypuję otrębami lub wykładam papierem do pieczenia, keksówkę non-stick wystarczy tylko natłuścić.
Odstawiam na 45min do 1 godziny. aż chleb zwiększy objętość.

UWAGA: ten chleb nie wytworzy wyrazistej, elastycznej siatki glutenowej, którą zawdzięczamy glutenowi pszennemu. Zamiast tego zwiększy objętość tworząc "piankę", dlatego jest bardzo delikatny i trzeba się z nim ostrożnie obchodzić przed pieczeniem.

Piec nagrzewamy do 240st. C. Wkładamy chleb i po 5 minutach zmniejszamy temperaturę do 220 st. C. Pieczemy 40-45 minut. Wyjmujemy i studzimy bochenek na kratce, a nastepnie zawijamy w czystą ściereczkę lub chowamy do płóciennego worka i odstawiamy na kilkanaście godzin, aż chleb dojrzeje.
Ten chleb zyskuje mocno na takim dojrzewaniu - jego smak staje się głębszy, gorycz i posmak gryki zmniejsza się w miarę upływu czasu. Powiem tak: na ciepło, świeży smakuje według mnie niespecjalnie, następnego dnia jest dokonały, tak że często nastawiam znowu podwójna porcje zaczynu :)



Jeśli macie jakieś pytania, sugestie albo chcecie podzielić się wrażeniami z wypieku tego chleba - zapraszam do komentowania :)

16 marca 2020

Tagliatelle cytrynowo-szpinakowe [proste jedzenie]





Przedziwny czas opustoszałych ulic, pozamykanych sklepów i urzędów. Żarty o ludziach robiących zapasy powoli przestają śmieszyć - choć ja i tak wolę czarny humor w takim czasie, niż paniczny strach i segregowanie fake newsów na temat koronawirusa... Każdy radzi sobie z napięciem na swój sposób, jednak moje morale najmocniej podnosi świadomość tego, jak ludzie w naszym kraju odpowiedzialnie podeszli do kwestii kwarantanny. To buduje poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa.

W domowych warunkach szukamy sposobu na dziecięcą nudę, brak spacerów i monotonię. Kuchnia jest tym miejscem, które pomaga mi i dzieciom zająć czas czymś przyjemnym, konstruktywnym i pożytecznym.

Dzisiaj na obiad prostota do kwadratu: tagliatelle z sosem maślano-cytrynowym, do którego wrzucam parę kostek szpinakowego brykietu z zamrażarkowych zapasów.
Mam jeszcze pół pęczka szparagów, które zostały po sesji kulinarnej z zeszłego tygodnia - waham się przez chwilę czy ich użyć, ale świadoma tego, że być może tegoroczna wiosna nie będzie opływała w te wszystkie cudne, luksusowe wiosenne składniki, które do tej pory były tak dostępne - odkładam je z powrotem do lodówki, wolę ich smak w risotto i jutro tak je przyrządzimy.

Za to ten makaron, na który przepis znajdziecie poniżej, w razie "W" można zjeść nawet bez szpinaku, parmezanu, bez ziaren.
Sos cytrynowo-maślany doprawiony pieprzem i solą robi tutaj całą pracę, czyni to danie prostym i przyjemnym, a taki sos można zrobić nawet wtedy, gdy zapasy będą topnieć w spiżarkach.
Jeśli macie ochotę taką uproszczoną wersję - tylko z cytryną i masłem, solą i pieprzem, możecie potraktować jako przystawkę do pieczonej ryby.





Tagliatelle cytrynowo-szpinakowe
porcja dla 2 osób


składniki:
  • 120g makaronu tagliatelle (może być dowolna pasta)
  • 2 łyżki masła
  • skórka z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 200g mrożonego szpinaku
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól, 
  • świeżo zmielony pieprz
opcjonalnie:
  • prażone orzeszki pinii / słonecznik
  • starty twardy ser typu dziugas/grana padano/parmezan 


Na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy sok i skórkę z cytryny, wrzucamy szpinak i smażymy na średnim ogniu aż szpinak się rozmrozi i lekko poddusi, przyprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Odstawiamy z kuchenki.
Podprażamy orzeszki pinii/słonecznik.
Do gotującej się osolonej wody wrzucamy tagliatelle. Gotujemy, aż będzie al dente.
Odcedzamy odlewając odrobinę wody z gotowania pasty. Tagliatelle wrzucamy na patelnię i mieszamy z sosem szpinakowo-cytrynowym - jeśli jest zbyt suchy podlewamy 1-2 łyżkami wody z gotowania.
Przekładamy na talerz, posypujemy opcjonalnymi dodatkami: orzeszkami/słonecznikiem, serem. 

24 lutego 2020

Fine Dining Week 2020 - edycja zimowa




Tu nie chodzi tylko o jedzenie, tu chodzi o doświadczenie - tak mogłabym skwitować moje spotkania z Festiwalem Fine Dining Week. Festiwal trwa jeszcze do końca tygodnia więc zapraszam Was jako entuzjastka tego wydarzenia i tym razem jako ambasadorka. Czemu ten Festiwal jest dla mnie wyjątkowy? Bo to okazja do poznania bliżej fine diningu, do odwiedzenia dobrze znanych miejsc i doświadczenia ich na nowo, a dla niektórych bywa okazją do spotkania ze sztuką restauracyjną po raz pierwszy. Szefowie kuchni będą dla Was sięgać po przeróżne techniki kulinarne aby wydobyć z prostych produktów niezwykłe smaki, które będą się przeplatać nawzajem w kolejnych odsłonach. Od 12 lutego do 1 marca wybrane restauracje prezentują wyjątkowe, tematyczne sety degustacyjne w cenie 129 zł/os. za 5-cio daniowy set.

W moim regionie, czyli na Śląsku, festiwalowe menu przygotowało 8 restauracji z Katowic, Gliwic, Pyskowic oraz Bielska-Białej:

- Cadenza (Katowice)
- Dworek New Restaurant (Bielsko-Biała)
- ISTO (Katowice)
- MOODRO Restaurant (Katowice)
- PLADO (Gliwice)
- Ristorante Cristallo Hotel Monopol***** (Katowice)
- UMAMI (Pyskowice)
- Villa Gardena (Katowice)

Chefowie Mateusz Bieniek i Robert Biniasz z restauracji UMAMI i PLADO zostali zdobyli nagrodę jury profesjonalnego 12. edycji prestiżowego Wine&Food Noble Night, a chef Patryk Dusza z restauracji ISTO otrzymał nagrodę specjalną dla najmłodszego szefa kuchni biorącego udział w wydarzeniu.

Rezerwacji stolików można dokonywać już teraz online na stronie festiwalu www.FineDiningWeek.pl



 







8 października 2019

Pudding jaglano-cytrynowy z pieczonymi śliwkami




W tym tygodniu, na moim profilu instagramowym w ramach wyzwania #projektsezon gotujemy i pieczemy oraz fotografujemy ze śliwkami w roli głównej, tak więc dziś zapraszam Was na pudding jaglano-cytrynowy z dodatkiem śliwek właśnie.
Jaglane puddingi według mnie najlepiej wychodzą w wersji cytrynowej - cytryna niweluje posmak jaglanki, który dla wielu może być nieprzyjemny. Dodatek czegoś słodzącego w takiej wersji jest więc nieunikniony - ja użyłam miodu, ale z powodzeniem można użyć ksylitolu, erytrolu czy innych zamienników. W ostateczności, czy z braku laku zawsze pozostaje cukier ;)

Do pieczonych śliwek natomiast nie ma potrzeby sypać ani lać żadnego słodzidła, ponieważ uwierzcie mi - pieczenie tych owoców wydobywa z nich naturalną słodycz, co więcej, kombinacja przypraw, zwłaszcza obecność cynamonu "osładza" je.

Zanim sezon śliwkowy przeminie - spróbujcie poszaleć z tymi owocami.




Pudding jaglano-cytrynowy z pieczonymi śliwkami

 

Składniki:
  • 100 gram kaszy jaglanej
  • szczypta soli 
  • puszka (400ml) mleka kokosowego
  • szklanka wody
  • cytryna niewoskowana
  • 1-2 łyżki miodu
     
  • 300-400g śliwek węgierek
  • 2 łyżki masła
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • szczypta mielonej gałki muszkatołowej
  • 2 obroty młynka lub duża szczypta świeżo mielonego czarnego pieprzu

Kaszę jaglaną zalać wodą i mlekiem kokosowym, posolić, zagotować w garnku z podwójnym dnem, od razu po zagotowaniu zmniejszyć ogień do minimum. Na wierzch kaszy położyć kawałek pergaminu, tak aby się przykleił do powierzchni. Gotować 30 minut, pod koniec koniecznie sprawdzać czy się nie przypala, ew. zdjąć pergamin i przemieszać.
Po ugotowaniu schłodzić.

Piekarnik nagrzać do 180 st. C.
Śliwki wypestkować, włożyć do żaroodpornego naczynia wysmarowanego masłem, wrzucić resztę masła, przyprawy, piec przez 30 minut.

Do przestudzonego puddingu jaglanego dodać sok i skórkę z 1/2 cytryny oraz miód, dokładnie wymieszać.
Upieczone śliwki posypać skórką cytrynową z 1/2 cytryny.
Podawać razem z puddingiem.

2 października 2019

Tarta serowa z brzoskwiniami i tymiankiem



Ostatnie dwa tygodnie to prawdziwy maraton: codziennie sesje fotografii kulinarnej, dwa nowe projekty graficzne, a także moje solenne postanowienie, że zajmę się porządnie Instagramem, aby wykorzystać jego potencjał do mojej pracy.

Z tego tez postanowienia wypłynął pomysł na akcję Instagramową #projektsezon, która ma zachęcić do korzystania z sezonowych składników w kuchni, do inspirowania się naturalnymi cyklami natury i pór roku.

Jeśli macie ochotę dołączyć do tego wyzwania to zapraszam na moj profil na Instagramie, więcej o tej akcji przeczytacie tutaj:




Wyświetl ten post na Instagramie.

Hej✨ Jest pomysł na hasztaga - klucz, do fajnej akcji, o której myślę już jakiś czas :-) . To są owoce mojego douczania się nt social mediów - zastanawiałam się co mogę dać więcej od siebie tutaj w tej przestrzeni (@wild.rocks Twoje wskazówki są bezcenne🌸) . I oto myśl: jeśli miałabym opisać to co tutaj robię i co jest mi bliskie w temacie kulinariów jakimś słowem to najpewniej byłoby to słowo SEZON. Sezonowość uczy mnie wdzięczności, doceniania tego co dostępne i odpuszczania tego czego mieć teraz nie mogę. To nie dotyczy tylko jedzenia oczywiście, ale życia wogóle!.. . ..ale jako, że ten profil kręci się w przeważającej mierze wokół stołu, a stół, jak wiadomo, nie służy tylko do jedzenia ale przede wszystkim do gromadzenia się i budowania relacji.. ..to proponuję gromadzić się wokół zabawy z hasztagiem #projektsezon Oto proste zasady tej akcji: - raz w tygodniu, w czwartek, będę publikować posta z sezonowym składnikiem, który może nam posłużyć za inspirację w nadchodzącym tygodniu :-) - przez tydzień, do środy będę czekać na Wasze inspiracje danym sezonowym składnikiem: być może ten sezonowy dar natury skłoni Was do upieczenia ciasta, które ostatnio jedliście w dzieciństwie, albo do wyprawy na targ.. Może podzielicie się przepisem na specjalność Waszej kuchni, albo wrzucicie zdjęcie z lunchu w knajpce, która szanuje sezonowość i akurat będzie miała w karcie danie z tym produktem :-) A może po prostu uda Wam się zrobić fajne zdjęcie z bohaterem sezonowego tygodnia? Może Wasza kreatywność wykracza poza fotografię, kulinaria i stworzycie jakąś inną formę: akwarelę, patchwork, kolaż, rysunek? Opcji jest nieskończona ilość :-) - PAMIĘTAJCIE proszę aby oznaczyć post lub stories tym hasztagiem #projektsezon oraz otagować mój profil, aby Wasze posty mi nie umknęły w podsumowaniu :-) - Wasze zdjęcia wrzucane do galerii przez cały tydzień będę pokazywać w podsumowaniu w środę, natomiast instastories te, które będą dla mnie dostępne (czyli Stories z finałowej środy lub wyróżnione). Co Wy na to? Wchodzicie w to? Damy szansę temu pomysłowi? W końcu bez Was działanie tutaj nie ma sensu ✨🌸 . Na pierwsze ogień zacznijmy od BRZOSKWINI, bo sezon na nie dobiega końca 🍑
Post udostępniony przez Ula Demczuk (foodnotes) (@ulade_photo)


Tymczasem podrzucam dziś przepis, który przygotowałam ostatnio specjalnie dla magazynu Kukbuk. Jest to tarta idealnie wpisująca się w #projektsezon. Wykorzystałam brzoskwinie, które powoli znikają ze sklepowych półek, a które są dla mnie wysłannikiem lata w jesień - jeszcze pachną letnim słońcem, a jednocześnie kolorystycznie zapowiadają już złociste, jesienne krajobrazy.




Tarta serowa z brzoskwiniami i tymiankiem

spód:
  • 200g zimnego masła
  • 2 szklanki mąki pszennej luksusowej
  • 1/2 szklanki cukru
  • łyżka listków tymianku
  • szczypta soli
masa sernikowa:
  • 350g twarogu tłustego
  • 3 jajka
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/4 szklanki cukru
dodatki:
  • 5-6 brzoskwiń
  • listki tymianku
  • garść jagód
  • 60g płatków migdałowych

Piekarnik rozgrzać do 180 st. C.
Listki tymianku utrzeć w moździerzu z łyżką cukru, wsypać do malaksera, dodać resztę składników na spód tarty. Zmiksować aż składniki zamienią się w grudki, a następnie w kawałki ciasta. Przełożyć do formy na tartę (w razie potrzeby formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą). Wykleić spód i brzegi, jeśli forma na tartę ma wyjmowany spód zabezpieczyć piekarnik, ponieważ tłuszcz z ciasta może wyciekać. 
Podpiec 10 minut, wyjąć, przestudzić. 

Składniki na sernik zblendować na gładką masę. 
Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni. 
Brzoskwinie delikatnie wypestkować i pokroić na ósemki, włożyć do miski, posypać listkami tymianku i delikatnie przemieszać. 

Na przestudzony spód przełożyć masę sernikową, wyrównać. Na wierzchu ułożyć cząstki brzoskwini, posypać jagodami i płatkami migdałowymi. 

Piec 45 minut, aż masa sernikowa będzie ścięta.

19 września 2019

Racuchy






Próbuję jeszcze udawać, że do jesieni daleko, ale cykl natury toczy się wedle swoich praw i nie uwzględnia moich roszczeń. Letnie, cienkie bluzki, ukochane lniane koszule i szorty , krótkie piżamy i spodenki leżą już odłożone na stercie, czekają aż wypełnię nimi puste kartonowe pudło i zawekuję na całą zimę, aż do cieplejszych, wiosennych dni. 

Z jednej strony jest więc tkliwość tego ostatecznego, nieodwracalnego pożegnania lata, które już w takiej konfiguracji się nie powtórzy - z drugiej strony, czyż to nie jest cały urok jesieni - ten wkradający się chłód, skracający dzień, nostalgia, a jednocześnie małe przyjemności, sprawianie ciału komfortu, po to by psychika poradziła sobie z przygotowaniem do trudniejszej pory roku. Ciepłe swetry, przytulne lampki, świeczki, słodkie dyńki, aromatyczne herbaty - cały instagram zalany jest jesienią. 

Jeśli jest Wam to obce, nieswojskie, jeśli wątpicie w urok takich małych przyjemności to chociaż racuchy zróbcie :)


Racuchy z jabłkami



przepis na ok. 15 placuszków

• 25 g świeżych drożdży
• 1/2 szklanki ciepłego mleka
• 3 łyżki płaskie cukru
• 150g mąki pszennej
• szczypta soli
• 2 jajka
• 2 jabłka, twarde i kwaskowate
• opcjonalnie cukier puder, cynamon, syrop daktylowy albo klonowy

Drożdże pokruszyć do kubeczka, utrzeć z cukrem na gładko, zalać połową mleka. Mąkę i sól przesiać do miski, dodać drożdże gdy te już się lekko spienią. Wymieszać dokładnie rózgą dodając jajka. Ciasto będzie dosyć rzadkie, o konsystencji gęstej śmietany. Nakryć miskę i odstawić na pół godziny.
Jabłka obrać ze skórki, wyciąć środki specjalnym nożem i pokroić cienko w poprzek na krążki (grubość ok.3-4mm w zależności od kruchości jabłek, z szarej renety można robić ultra-cieniutkie racuchy). Powtykać delikatnie w wyrośnięte ciasto nie mieszając, żeby trochę bąbelków z powietrzem zostało. Odstawić na parę minut.
Na patelni rozgrzać olej, ustawić niezbyt mocną moc gazu/płyty, dużą łyżką albo szpatułką wybierać po plastrze jabłka lekko otoczonego w cieśnie i kłaść na patelnie. Jeśli z wierzchu jabłka są "gołe" dokładać na wierzch odrobinę ciasta. Usmażone racuchy odłożyć na papierowy ręcznik. Podawać z cukrem pudrem i cynamonem albo syropem klonowym, daktylowym itp.








29 sierpnia 2019

Sielskie wakacje [oraz przepisy na szakszukę i na pizzę]






Ostatnie dni wakacji

Ostatnie dni wakacji zawsze wydają się być takie intensywne. Miasto zakorkowane od rana, upalne dni, więc i plan dnia dostosowany do zbliżającej się fali gorąca - trzeba zdążyć zrobić jak najwięcej rano, zanim przytłoczy nas temperatura.
Na biurku w pokoju córki już stoją rządki podpisanych zeszytów, piórnik wypełniony naostrzonymi ołówkami i plecak. Od tygodnia staramy się być już w rutynie tygodniowej, więc ja wstaję pół godziny przed dziećmi, piję ciepłą kawę, mam chwilę na oddech, modlitwę, zebranie myśli w jedną całość, konstrukcję, którą będę w ciągu dnia musiała przebudowywać parę razy, bo przy małych dzieciach zakładka błędu jest spora.

W tych momentach porannego zawieszenia będę otwierać zawekowane wspomnienia wakacji i wdychać namiastkę ich prawdziwego aromatu. Cały zeszły rok wspominałam Chorwację, zapach morza, smak fig i soli na opalonej skórze. Teraz jest ten moment, dokładnie ta pora, o której wyjeżdżaliśmy rok temu nad Adriatyk - ten sam układ słońca, to samo światło, ten sam zgiełk zakorkowanego miasta na kilka dni przed pierwszym, szkolnym dzwonkiem. W tym roku nie pojechaliśmy na utęsknione południe, za to spędziliśmy prawie 3 tygodnie pośród polskich wzgórz.






Kotlina Kłodzka

Pierwszy niecały tydzień to była Kotlina Kłodzka, którą odwiedziłam po raz pierwszy. Tak piękna, jak mi się wyobrażało, taka tajemnicza, o jakiej czytałam w książkach Olgi Tokarczuk.
W wynajętym dla całej naszej grupy przyjaciół gospodarstwie spędziliśmy kilka zwolnionych chwil, jedząc niespieszne śniadania na tarasie z widokiem na wzgórza i zarośnięte, zielone kotlinki.
Królowały owsianki z owocami, jajecznice i baronowa slowfoodowych śniadań: szakszuka.
Niezwykłe móc jeść śniadanie pośród bliskich ludzi i pośród widoków zapierających dech w piersiach.





Powyżej gospodarstwa ciągnęły się pola pszenicy, która pod koniec lipca była złota i jeszcze na tyle silna, aby trzymać kłosy zwrócone w stronę nieba. Kiedy dotykałam tych kłosów, odbijały się od siebie, ciężkie i sprężyste, a ja widziałam w nich pachnące bułki, chleb i drożdżowe z kruszonką.







W ciągu dnia robiliśmy objazdowe wycieczki z dziećmi zaglądając w leśne zakamarki Parku Krajobrazowego Gór Stołowych, dotykając prastarych, milczących skał, kilka godzin później jedząc lody w głośnym kurorcie, gdzie na skwerku przy pijalni wód kuracjusze słuchali ulicznych grajków otoczeni...palmami. Takie sacrum i profanum.

Zauroczyły mnie Wambierzyce odkryte w poszukiwaniu popołudniowej, niedzielnej Mszy. Pokryte patyną czasu miasteczko, skryte w fałdach gór, które na niewielkim skrawku terenu mieści imponującą bazylikę, z "filmowymi" schodami i zabudowę rodem z Włoskich pocztówek. Przecierałam oczy ze zdumienia i żałowałam, że burzowe chmury zagoniły nas do samochodów, bo miałam ochotę na krótki spacer z aparatem na przełaj tych kamiennych podwórek i wąskich uliczek.

 



Lekcja wdzięczności

Jest coś niezwykłego w tej geograficznej krainie. Natura wdzierająca się opuszczone zabudowania, tak jakby chciała odzyskać to, co zabrali jej ludzie. Biedne, zaniedbane czasami miasteczka i wsi, w których krusząca się architektura zdradza majętność poprzednich właścicieli i czasy dobrobytu. W sąsiednim gospodarstwie, jednym z niewielu, które w "naszej" wsi posiadało hodowlę zwierząt rozmawialiśmy ze spracowanymi gospodarzami, ludźmi, którzy doświadczyli w życiu tak wiele trudu, których życie od lat jest niezmiennie regulowane rytmem karmienia zwierząt, zasiewów i zbiorów, bez szansy na urlop od inwentarza. Ich gospodarstwo mnie urzekło: w przedwojennej stajence pośród krów przechadzały się koguty, a nad naszymi głowami fruwały jaskółki doglądając gniazd podwieszonych na zabytkowym, żebrowym sklepieniu. Nie widziałam w życiu piękniejszej stajenki.



Odchodząc dostaliśmy nie tylko wielką bańkę zakupionego mleka ale też dwie siatki cukinii, cebuli i sałaty z ogrodu oraz słoje korniszonów, kiszonych ogórków i patisonów. Czy w tym miejskim zgiełku znalazłby się ktoś, kto wpuściłby na swoje podwórko chmarę dzieci, porozmawiałby o życiu i śmierci, odsprzedałby plony swojego ogródka, a na pożegnanie jeszcze obdarował przetworami z własnej spiżarni? Myślę, że tego dnia otrzymałam dar dużo większy - krótką lekcję wdzięczności.




Dolina Sanu

Drugą część wakacji spędziliśmy w domku mojego Taty, tuż nad brzegiem przepięknej rzeki San.
San kojarzy mi się z domem. To dziwne, bo leży kilkaset kilometrów od miejsca, w którym mieszkałam jako dziecko. San był moim domem na czas wakacji, rok w rok, począwszy od momentu kiedy miałam 11 miesięcy i rodzice zabrali mnie pod namiot, do Mrzygłodu.
Przez wiele lat, w każde wakacje lądowaliśmy nad tą samą wodą, choć w różnych miejscowościach. Życie przez kilkanaście dni toczyło się wokół obozowiska, dzieci z którymi się bawiłam biegając między namiotami, ognisk, które ciągnęły się nieskończenie, póki rodzice nie zagonili nas do ciepłych śpiworów. To były wakacje o smaku pieczonych ziemniaków, smażonych brzan i kleni, które Tato przynosił z wędkarskich wypraw i kukurydzy prosto z pola, która wchodziła nam między zęby.




Lokalne smaki

Kilkanaście lat później rodzice kupili kawałek ziemi w Dolinie Sanu i postawili tam mały domek. Niedoceniałam go przez wiele lat, teraz doceniam nie tylko dlatego, że możemy tam jechać kiedy tylko chcemy, ale także dlatego, że to jest przepiękny ślad, który zostawiła moja Mama.

W małym, sprytnym piecyku zamontowanym przez mojego Tatę, opalanym drewnem i wyposażonym w mini piekarnik upiekliśmy pizzę - absolutnie mistrzowską, z cukinią, czosnkiem i jajkiem. Papierówki, których było wtedy zatrzęsienie trafiły pod kruszonkę. Najlepszym jednak posiłkiem był twaróg, zamówiony na wsi, z mleka od krowy, pasącej się na łące tuż obok naszego domku. Do tego był miód z miejscowej pasieki i mieliśmy prezentację tego, że da się czasami zjeść lokalnie - wszystkie produkty powstały przecież w obrębie jednego kilometra kwadratowego od nas.





W trakcie naszego sielskiego wypoczynku zrobiliśmy sobie przerwę na odrobinę miejskiego zgiełku, za to w cudownym wydaniu, bowiem Przemyśl, który odwiedziliśmy jest tak pięknym miastem, że marzę aby zrobić kiedyś osobny wpis na jego temat. W Przemyślu były lody, wizyta w księgarni i spacer po przecudnych uliczkach tego miasta o niesamowitej historii. Na rynku zjedliśmy lody w kawiarni Selfier - pistacja i lemon curd to moi absolutni faworyci tego miejsca.
 
Nowym odkryciem była plantacja eko malin w Ruszelczycach, gdzie kupiliśmy kilka kilogramów owoców aby przetworzyć je w pyszny sok do spiżarni. Zapewne otwierając zawekowane butelki zimą będę miała w sercu wspomnienie tego słonecznego lata, czasu dobrze naładowanych baterii.

Mam dla Was dwa przepisy: na moja szakszukę i pizzę z cukinią oraz garść linków na samym końcu tego posta :)







Szakszuka

  • 10 dużych mięsistych i dojrzałych pomidorów (lima albo bawole serca)
  • 2 czerwone papryki
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
  • 1/2 łyżeczki słodkiej, mielonej papryki
  • szczypta wędzonej papryki 
  • opcjonalnie: szczypta płatków chilli

  • 4 jajka
  • sól 
  • świeżo mielony pieprz
  • oliwa do smażenia + łyżka masła
  • świeżo posiekana bazylia do podania

Na głębokiej, płaskiej patelni rozgrzewamy oliwę i masło. Wrzucamy posiekany (!) czosnek oraz pokrojoną na cienkie paseczki paprykę. Smażymy na średnim ogniu aż warzywa lekko zmiękną. Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory i przyprawy. Smażymy na średnim ogniu, aż pomidory będą całkiem miękkie, a ich sok prawie zupełnie odparuje od czasu do czasu mieszając.
Drewnianą łyżką robimy dołki w sosie pomidorowym i wbijamy jajka. Zmniejszamy ogień do minimum i smażymy bez przykrycia (!), aż białka się zetną, a żółtka będą ugotowane - aby to zrobić bez przykrycia i nie spalić białek można co jakiś czas końcem łyżki mieszać białko każdego z jajek nie naruszając żółtka.
Podawać gorące, najlepiej smakuje zjadane wprost ze wspólnej patelni :)






Pizza z cukinią, czosnkiem i jajkiem


Ciasto na pizzę (ok. 4 małych placków)
na 4 osoby
  •  
  • 1/2 kg mąki pszennej chlebowej lub luksusowej
  • 50g świeżych drożdży
  • 330 ml ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki oliwy

Sos pomidorowy:

  • 10 dojrzałych pomidorów
  • 2 ząbki czosnku
  • sól i świeżo mielony pieprz
  • 1 łyżeczka oregano
  • 500ml passaty
  • 2 łyżki oliwy

Dodatki:

  • 1-2 zielone lub żółte cukinie  pokrojone w cienkie plastry
  • 4 ząbki świeżego czosnku pokrojonego w płatki
  • 8 suszonych pomidorów pokrojone w paseczki
  • 4 kulki mozzarelli (1 kulka na 1 placek)
  • 4 jajka
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • oregano

Zaczynamy od przygotowania sosu: pomidory naciąć na czubku, sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki. Pokroic w kostkę. W głębszym rondlu rozgrzać oliwę, przesmażyć czosnek razem z suszonym oregano, dodać pomidory. Smażyć pomidory aż się rozpadną, następnie zalać całość passatą, dodać sól i pieprz i gotować na małym ogniu bez przykrycia aż sos stanie się gęsty (ok 1,5-2h).
W razie potrzeby można go zblendować lub przetrzeć przez sito.

W czasie kiedy sos się gotuje przygotować ciasto. Zrobić zaczyn: do miski wrzucić pokruszone drożdże, zasypać je cukrem, utrzeć łyżką aż staną się płynne. Dodać 30 ml ciepłej wody i 2 łyżki mąki, wymieszać i odstawić przykryte na 10 minut aż zaczyn "ruszy".
Do dużej miski przesiać resztę mąki, dodać zaczyn i wodę, wymieszać do lekkiego połączenia składników a następnie dodać sól i oliwę. Wyrabiać przez 10 minut starając się aby NIE dosypywać mąki - ciasto na początku będzie dosyć luźne i kleiste, ale z czasem zobaczycie, że stanie się coraz bardziej plastyczne. To dzięki glutenowi, który uaktywnia się w czasie wyrabiania. Wyrabiać aż powstanie gładka, miękka kula łatwo odchodząca od dłoni.
Przełożyć ciasto do miski, posmarować lekko oliwą i odstawić pod przykryciem na 1 godzinę, aż podwoi swoją objętość.

Rozgrzać piec do maksymalnej temperatury: moj piekarnik ma 300 st. max temperatury ale piecyk w naszym podbieszczadzkim domku można rozgrzać do prawie 350 st. i dodatkowo jest wyłożony szamotem, więc pizza z takiego pieca wychodzi doskonale. Jeśli jest taka możliwość warto użyć kamienia do pizzy.

Ciasto podzielić na 8 części, uformować je w kule. Przed formowaniem pizzy rozpłaszczyć kulę w dysk i dać jej chwilę "odpocząć" (choćby 2-3 minuty). Powoli rozciągac ciasto w dłoniach formując niekoniecznie równy okrąg (oczywiście można użyć wałka, ale pizza formowana ręcznie jest cudowna, trzeba tylko uważać aby miała równomierną grubość i żeby nie była za cienka w środku).

Ciasto połozyć na łopacie obsypanej kaszką manną lub semoliną (ew. wyłożonej papierem do pieczenia) a nastepnie:
- posmarować cienko oliwą,
- nałożyć 1 chochelkę sosu pomidorowego,
- posypać czosnkiem, rozsmarować,
- posypać porwaną kulką mozarelli
- obłożyć cukinią
- posypać suszonymi pomidorami.

Włożyć do pieca na 5 minut, po 3 minutach kiedy brzegi ciasta będą już wyrośnięte ale jeszcze nie przypieczone wbić jajko w środek i wstawić do pieca aż cała pizza się przyrumieni.



Garść tegorocznych, wakacyjnych perełek:

Kotlina Kłodzka
"Śląskie Jeruzalem" czyli miasteczko Wambierzyce
Kraina zrodzona z morza, czyli Park Krajobrazowy Gór Stołowych 

Dolina Sanu
Kawiarnia Selfier - Przemyśl, Rynek 2
Plantacja Eko Malin (Dolina Sanu) - Ruszelczyce 12A, Krzywcza
Sprawdzony Miód - sklep online Apimiodek