16 marca 2020

Tagliatelle cytrynowo-szpinakowe [proste jedzenie]





Przedziwny czas opustoszałych ulic, pozamykanych sklepów i urzędów. Żarty o ludziach robiących zapasy powoli przestają śmieszyć - choć ja i tak wolę czarny humor w takim czasie, niż paniczny strach i segregowanie fake newsów na temat koronawirusa... Każdy radzi sobie z napięciem na swój sposób, jednak moje morale najmocniej podnosi świadomość tego, jak ludzie w naszym kraju odpowiedzialnie podeszli do kwestii kwarantanny. To buduje poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa.

W domowych warunkach szukamy sposobu na dziecięcą nudę, brak spacerów i monotonię. Kuchnia jest tym miejscem, które pomaga mi i dzieciom zająć czas czymś przyjemnym, konstruktywnym i pożytecznym.

Dzisiaj na obiad prostota do kwadratu: tagliatelle z sosem maślano-cytrynowym, do którego wrzucam parę kostek szpinakowego brykietu z zamrażarkowych zapasów.
Mam jeszcze pół pęczka szparagów, które zostały po sesji kulinarnej z zeszłego tygodnia - waham się przez chwilę czy ich użyć, ale świadoma tego, że być może tegoroczna wiosna nie będzie opływała w te wszystkie cudne, luksusowe wiosenne składniki, które do tej pory były tak dostępne - odkładam je z powrotem do lodówki, wolę ich smak w risotto i jutro tak je przyrządzimy.

Za to ten makaron, na który przepis znajdziecie poniżej, w razie "W" można zjeść nawet bez szpinaku, parmezanu, bez ziaren.
Sos cytrynowo-maślany doprawiony pieprzem i solą robi tutaj całą pracę, czyni to danie prostym i przyjemnym, a taki sos można zrobić nawet wtedy, gdy zapasy będą topnieć w spiżarkach.
Jeśli macie ochotę taką uproszczoną wersję - tylko z cytryną i masłem, solą i pieprzem, możecie potraktować jako przystawkę do pieczonej ryby.





Tagliatelle cytrynowo-szpinakowe
porcja dla 2 osób


składniki:
  • 120g makaronu tagliatelle (może być dowolna pasta)
  • 2 łyżki masła
  • skórka z 1 cytryny
  • sok z 1/2 cytryny
  • 200g mrożonego szpinaku
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól, 
  • świeżo zmielony pieprz
opcjonalnie:
  • prażone orzeszki pinii / słonecznik
  • starty twardy ser typu dziugas/grana padano/parmezan 


Na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy sok i skórkę z cytryny, wrzucamy szpinak i smażymy na średnim ogniu aż szpinak się rozmrozi i lekko poddusi, przyprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Odstawiamy z kuchenki.
Podprażamy orzeszki pinii/słonecznik.
Do gotującej się osolonej wody wrzucamy tagliatelle. Gotujemy, aż będzie al dente.
Odcedzamy odlewając odrobinę wody z gotowania pasty. Tagliatelle wrzucamy na patelnię i mieszamy z sosem szpinakowo-cytrynowym - jeśli jest zbyt suchy podlewamy 1-2 łyżkami wody z gotowania.
Przekładamy na talerz, posypujemy opcjonalnymi dodatkami: orzeszkami/słonecznikiem, serem. 

28 lutego 2018

Wegetariański burger z kalafiora



Ten post dedykuję tym, którzy mimo prób i chęci, nie dali się przekonać, że wegeburger może być pyszny :) Ja sama nie raz nacięłam się na te rozpadające się, mączne pseudo-kotlety, a hitem było dla mnie menu w pewnym bistro, gdzie vegeburger był po prostu podgrzaną bułką z sałatą, pomidorem, cebulą i sosem. Przypominał mi raczkujące pod koniec ubiegłego wieku budki z fastfoodem, gdzie te z większą fantazją i polotem miały w menu wegeburgera, właśnie takiego smutnego, za karę dla tych co wydziwiają z modą na wege. Na szczęście czasy się zmieniły.

Dzisiaj po raz drugi testowaliśmy ten przepis, wśród testerów było dwóch prawdziwych mięsożerców i oboje stwierdzili, że te kalafiorowe steki są pyszne! Jeden zero dla mnie :-) Spróbujcie więc koniecznie!




Wegetariański burger z kalafiora

przepis na 5 burgerów
  • 1 kalafior
panierka:
  • 1 szklanka mąki
  • 1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka papryki słodkiej
  • 1 łyżka suszonej cebuli
  • 1 łyżka suszonego czosnku
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzu
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego pół na pół z wodą
  • 1 szklanka bułki tartej typu panko
sos majonezowy:
  • 4 łyżki majonezu
  • 1 łyżeczka koperku
  • 1 łyżeczka szczypiorku
  • 1 łyżeczka suszonego czosnku
  • 1 łyżeczka suszonej cebuli
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • sól i pieprz

sos barbecue:
  • sos barbecue lub sos salsa (ok. 1/2 szklanki)
  • 2 łyżki rozpuszczonego masła
  • sałata lodowa
  • ogórki konserwowe
  • cebula czerwona
  • 4 bułki do burgerów

Piekarnik nagrzewam do 220 stopni C.
Kalafiora kroję na pół, następnie na 1,5 cm plastry starając się zachować jak najwięcej kawałków. Drobne różyczki, które odpadną odkładam (dodaję je potem do zupy albo robię kuskus z kalafiora).
Bułkę tartą panko wysypuję na talerz, pozostałe składniki panierki mieszam, aż powstanie ciasto naleśnikowe. Maczam kawałki kalafiora w cieście, a następnie obtaczam w panko. Układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładam do piekarnika na 25 minut, w połowie czasu pieczenia obracam kalafiorowe burgery na drugą stronę.

W międzyczasie przygotowuję sos majonezowy: wszystkie składniki mieszam dokładnie. W osobnej miseczce mieszam sos barbecue lub salsę z rozpuszczonym masłem.

Upieczony kalafior wyjmuję z piekarnika. Na chwilę wkładam pod grill przekrojone bułki, przecięciem do góry, aby lekko się przyrumieniły.
Kalafiora obtaczam w sosie barbecue. Podgrzane spody od bułek smaruję sosem majonezowym, układam na nich steki z kalafiora, cebulę, korniszony, sałatę lodową. Wierzchy bułek smaruję także sosem majonezowym i nakrywam, spinając burgery patyczkami.

 








8 września 2017

Placki z cukinii z komosą



Sierpień i wrzesień to okres, w którym już rutynowo przynoszę cukinie do domu. Kiedy nie mam na nie pomysłu grilluję plastry na patelni grillowej, skrapiam oliwą, cytryną i jem z kromką razowego chleba. Pamiętam z dzieciństwa bigos z cukinii, który gotowała moja Mama na wakacjach. Jeździliśmy w okolice Bieszczad, gdzie na nieskażonej przemysłem ziemi rosły cukinie rosną tak szybko, że ciężko chyba dopaść je w stanie eleganckich, młodych cukinii o delikatnej skórce - po deszczu i na żyznej ziemi wszystko rośnie w mgnieniu oka. Kręciłam nosem ten bigos - teraz oddałabym wiele za jedną miseczkę.
Albo kotlety z cukinii, panierowane i smażone na patelni - jedliście takie w domu? Kotlety uwielbiałam, smakowały wg mnie podobnie do panierowanej i smażonej kani, którą czasami przynosił z wypraw na grzyby mój Tato. Nie przepadałam za to nigdy kremem z cukinii, który jest jak dla mnie zbyt delikatny. Lubię bardziej wyraziste zupy, a krem smakował mi tylko raz, kiedy go lekko przypaliłam :)

Placki z cukinii były moją zmorą dopóki moja znajoma nie podzieliła się ze mną tą recepturą. Przepis pochodzi z książki kucharskiej Beaty Sadowskiej i przyznaję, że na początku sceptycznie do niego podeszłam, bo generalnie z plackami warzywnymi jestem trochę na bakier. Cukinia zawiera dużo wody, a więc wyzwanie jest podwójne aby takie placki zrobić tak, żeby się nie rozpadły.

Za to uwielbiam komosę za jej smak i wartości odżywcze: jest bogatym źródłem błonnika, cennych witamin z grupy B (tiaminy i niacyny) oraz zawiera sporą dawkę białka. Zachęcam Was do tego przepisu: to idealny i sycący obiad, podany z sałatką z pomidorów albo zieleniny urozmaici na pewno Wasze codzienne menu :)


Placki z cukinii z komosą ryżową

składniki na 4-5 osób
  • 2 1/2 szklanki ugotowanej komosy ryżowej (quinoa)
  • 3 szklanki startej surowej cukinii
  • 1 szklanka rozgniecionych pestek dyni
  • 2 jajka
  • 1/2 szklanki startego parmezanu
  • 1 szklanka bułki tartej (lub bułka tarta pół na pół z mielonym lnem)
  • sok z połowy cytryny
  • 1 łyżka musztardy gruboziarnistej
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 pęczek posiekanej pietruszki
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżeczka rozmarynu
  • olej rzepakowy do smażenia
Sos jogurtowy:
  • duży kubek jogurtu naturalnego
  • 2 ząbki czosnku roztarte z solą
  • łyżeczka musztardy
  • płaska łyżeczka miodu
  • soi i świeżo mielony pieprz


Przygotowujemy sos: miód mieszamy z musztardą, czosnkiem i łyżką jogurtu na jednolitą masę. Dodajemy resztę jogurtu i doprawiamy solą i pieprzem. Odstawiamy.

Składniki na placki mieszamy. Ponieważ w przepisie jest parmezan i musztarda oraz quinoa, którą gotujemy w osolonej wodzie placków nie trzeba dodatkowo solić. Formujemy niezbyt grube placki (ja lubię nieduże placuszki wielkości 1/2 dłoni) i smażymy na rozgrzanym tłuszczu, na średnim ogniu.






Porady dla początkujących kucharzy:

  • Patelnię zawsze najpierw rozgrzewam na sucho, następnie wlewam na nią olej. Kiedy olej będzie miał już odpowiednią temperaturę (sprawdzam to kładąc odrobinkę masy na patelni, powinna zacząć od razu się smażyć) zmniejszam ogień do średniego, tak aby placki smażyły się dłużej i były złociste i gotowe w środku. Zbyt duża temperatura: spalone placki z zewnątrz, surowe w środku. Zbyt niska temperatura: placki nasiąknięte tłuszczem.
  • Placki warzywne lubią się mimo wszystko czasem rozwalać, warto odcisnąć startą cukinię przed wymieszaniem jej z resztą składników. Im mniej wody w masie tym bardziej zwarte placki.
  • Ten przepis to fajna baza do eksperymentów, np. można zamienić pestki dyni na pestki słonecznika lub inne nasiona, użyć różnych ziół, warzyw tartych, zamienić bułkę tartą na len dla wersji bezglutenowej, lub wyrzucić parmezan i lnem zastąpić jajka dla wersji bez nabiału. Ważne aby trzymać się zasady: ugotowane ziarna (quinoa, kasza, ryż) -> starte warzywa (cukinia, bakłażan, marchew, pieczarki, korzeń pietruszki, seler, burak) -> spoiwo: jajka, parmezan, starty ser, len, chia -> dodatki smakowe: zioła świeże lub suszone, musztarda, przyprawy.
  • Robiłam także wersję okrojoną tłuszczowo: bez parmezanu i z połową porcji oliwy w cieście, formowałam placki i piekłam je na papierze do pieczenia w piekarniku - udało się :)






28 lutego 2016

Tarta z burakami i kozim serem


Burak i kozi ser to dosyć powszechne połączenie, nie mniej jednak bardzo smaczne dlatego dosyć często pojawia się w mojej kuchni, w sałatkach, na kromkach chleba i na grzankach albo w tarcie, jak w tym przypadku. Świetnym uzupełnieniem tego duetu jest karmelizowana cebula z octem balsamicznym (przepis podawałam już przy okazji drożdżówek wytrawnych tutaj) oraz obowiązkowo świeżo ubity pieprz czarny. Na wierch tarty, już po upieczeniu położyłam wyłuskane orzechy włoskie, listki pietruszki i kolendry - tę ostatnią szczególnie lubię w takim zestawie.
Do tarty można wykorzystać zwyczajne ciasto kruche (przy kolejnej tarcie podzielę się moim przepisem na najzwyklejsze ciasto kruche do tarty). Tym razem jednak użyłam bezglutenowego kruchego ciasta z mąki z ciecierzycy, na które przepis jest od wczoraj na moim blogu.

To nie jest przepis na szybkie danie. Jednaj jeśli zawczasu przygotujecie ciasto na tartę (spód do tarty można upiec wcześniej i zostawić w formie, jedynie wyjąć obciążenie z fasoli), upieczecie buraki i przygotujecie karmelizowaną cebulę to w zasadzie zostanie Wam tylko czas oczekiwania na upieczenie farszu.




 

Tarta z burakami i kozim serem

Składniki na jedną wysoką tartę (6-8 porcji) średnica 22 cm wysokość 6 cm
  • wstępnie podpieczony spód z kruchego ciasta (przepis na wersję bezglutenową tutaj)
  • 500g upieczonych buraków (wyszorowane buraki zawijam w folię i piekę w temp. 180 st.C przez 1-2h, w zależności od wielkości)
  • 250g koziego sera (najlepiej w roladce, ew, twardy, w przypadku użycia twarożku koziego wybierzcie ten który ma jak najmniej niepotrzebnych dodatków)
  • 100g ricotty
  • 100ml śmietanki 30% lub w lżejszej wersji jogurtu naturalnego
  • 4 jajka
do karmelizowanej cebuli
  • 4 szalotki lub 2 duże cebule
  • łyżka octu balsamicznego 
  • 1 łyżka oliwy
  • płaska łyżka cukru trzcinowego
  • gałązka tymianku
do podania:
  • 2 łyżki uprażonych orzechów włoskich
  • garść listków pietruszki
  • garść listków kolendry
  • sól
  • świeżo mielony lub młotkowany pieprz czarny

Karmelizowaną cebulę można przygotować w czasie gdy ciasto na tartę się chłodzi. Obieramy szalotki lub cebulę i kroimy w piórka/półplasterki. Mieszam w rondlu z oliwą i podsmażam na średnim ogniu aż się zeszkli, doprawiam szczyptą soli, tymiankiem i smażę przez 15 minut, mieszając aby się nie przypaliła. Dodaję ocet i cukier, mieszam dokładnie i duszę na najmniejszym ogniu jeszcze 20 minut. Odstawiam.

Wystudzone buraki obieram ze skórki i kroję na cienkie plasterki nozem lub mandoliną.
Do miski wbijam jajka, ubijam je rózgą, dodaję ricottę, śmietankę lub jogurt. Odkładam 1/5 części sera koziego, resztę wrzucam do miski - jeśli jest w roladce to rozgniatam go widelcem, jeżeli twardy to najpierw ścieram na tarce. Przyprawiam solą, pieprzem i dokładnie mieszam.

Na dno wystudzonej skorupy z ciasta do tarty wylewam trochę masy jajeczno-serowej, układam warstwę buraków, ponownie wylewam warstewkę masy i tak na przemian, aż wszystkie buraki będą ułożone w skorupie. Na wierzch wylewam resztę masy jajecznej i rozkładam karmelizowaną cebulę. Posypuję grudkami odłożonego wcześniej sera koziego, posypuję jeszcze odrobiną pieprzu i wkładam na piekarnika nagrzanego do 180 st. C (plus termoobieg) na minimum 40 minut, lub do momentu aż masa jajeczna zetnie się w środku tarty. Trzeba tego pilnować, ponieważ czas zależny jest od ułożenia składników i wysokości tarty - moja piekła się prawie godzinę, 10 minut przed końcem dopiero się "podniosła" - był to znak, że masa jajeczna w środku się ścięła, urosła i wiedziałam że zaraz będziemy jeść :)
Po wyjęciu z piekarnika dobrze odstawić ją na parę minut. Przed podaniem posypać orzechami włoskimi oraz listkami kolendry i pietruszki. Można dodatkowo skropić octem balsamicznym lub podać z sałatą (zimą polecam roszponkę :) z kwaśnym vinegretem.









8 listopada 2015

Gęsina i powolny weekend





Czasami zbieg nieoczekiwanych okoliczności uziemia nas i zatrzymuje. Znalazłam się w takiej sytuacji w ten weekend. Zanim się zaczął udało mi się wyjść na szybkie zakupy i zgromadzić zapasy. Pośród nich znalazła się świeża żurawina, pierwsze przyzwoite w smaku mandarynki oraz nogi z gęsi. Korzenne przyprawy, przepyszne, twarde jabłka oraz spory zapas korzeniowych warzyw, m.in. ekologiczna marchew i pietruszka, czekały na mnie w mojej niewielkiej spiżarni.
W sobotę dzień już o poranku wyglądał jak zmrok, był ponury i ciemny. Zupa z dyni z chrupiącym bekonem, drożdżowe racuchy z jabłkami i ciepły koc po obiedzie - to było jedyne antidotum. Dzieci, o dziwo, były bardzo spokojne, mimo dokuczliwego przeziębienia poddały się tej jesiennej aurze. Wieczorem, kiedy już spały, wrzuciłam do moździerza przyprawy i utłukłam je na drobny proszek. Korzenny aromat przypomniał mi święta i zdałam sobie sprawę, że to już-tuż-tuż.

- Jutro zrobię je na obiad, ale następne, które kupię, przerobię na rilletes - pomyślałam okrawając gęsie udka z nadwyżek tłuszczu. Pokroiłam te skórki drobno, wrzuciłam do garnuszka i postawiłam na ogniu, aby potem zlać jasnozłocisty tłuszcz do słoika i schować jak drogocenny, kuchenny skarb do lodówki. Kto próbował ziemniaków z gęsim tłuszczem, ten wie o czym mówię.
Dzisiejszy poranek zaskoczył mnie w łóżku plamami ostrego słońca. Było cudownie na zewnątrz, niestety za wcześnie jeszcze na wyjście po chorobie. Kuchnia rano była taka jasna i chłodna. Parząc sobie poranną kawę włożyłam gęsie udka do piekarnika, aby się piekły przez kilka godzin, tak, że były gotowe akurat w porze obiadowej.







Mięso zrobione w ten sposób jest delikatne i aromatyczne, korzenne przyprawy zaś podkreślają to co dobre w gęsinie, a kryją to, co nie wszystkim odpowiada, w zapachu gęsiego tłuszczu na przykład (choć mnie osobiście on nie przeszkadza). Dzięki temu, moja córka zjadła dziś obiad i poprosiła o dokładkę, co było dla mnie miłym zaskoczeniem.

Gęsie udka pieczone w korzennych przyprawach

składniki:
  • 4 nogi gęsi 
  • 4 jabłka
  • 1/2 cytryny
  • 4 mandarynki 
  • 2 łyżki miodu
  • sól
przyprawa "Pięć smaków":
  • łyżka startego cynamonu
  • łyżka utłuczonego anyżu
  • łyżka utłuczonych ziaren kopru włoskiego
  • łyżka utłuczonych goździków
  • łyżka pieprzu czarnego, świeżo utłuczonego (oryginalnie pieprz seczuański)

Składniki przyprawy korzennej tłuczemy w moździerzu. Umyte i osuszone mięso nacieramy przyprawą, solą i skórką z 1/2 cytryny, przekładamy do szklanej miski i odkładamy przykryte do lodówki na kilka godzin, ja odłożyłam na noc.
Przed pieczeniem mięso musi być w temperaturze pokojowej. Piekarnik nagrzewamy do 130 st.C. Do brytfanki lub głębokiej blachy wlewamy sok z mandarynek wymieszany z miodem, układamy nogi skórą do dołu, wrzucamy jabłka pokrojone w ćwiartki i połówkę cytryny, przykrywamy i pieczemy 2 godziny, następnie odwracamy skórą do góry i pieczemy kolejne 2 godziny. Mięso musi cały czas mieć płyn w brytfance, więc trzeba co jakiś czas sprawdzać czy nie wyparował, aby gęsina się nie przypaliła. W razie konieczności płyn trzeba uzupełnić (ja nie musiałam tego robić) i dokładnie przykryć brytfankę lub blaszkę. Na koniec odkrywamy mięso i przypiekamy pod grillem 2-3 minuty, aż skórka się zezłoci.
Ja przygotowałam do gęsich udek sos żurawinowy i podałam je z pieczonymi warzywami korzeniowymi i ziemniakami oraz sosem, który zlałam do rondelka i odtłuściłam nieco, zdejmując nadmiar tłuszczu łyżką.




5 listopada 2015

Dyniowe gnocchi z palonym masłem i szałwią



Uwielbiam to proste danie. Delikatne, żółtawe od dodatku dyni kluseczki, aromat palonego masła i chrupiące listki szałwii. Solo albo jako dodatek do gęsi, która późną jesienią pojawia się na stołach. Jest to jedzenie pełne dymnego, orzechowego smaku, z odrobiną słodyczy. Kojarzy mi się z listopadowym popołudniem kiedy nad polami unoszą się smugi dymu z palonych liści, rozsnute w powietrzu niczym strzępy waty.
Masła potrzeba naprawdę niewiele - jego wyrazisty smak ma tylko podkreślić smak gnocchi, nie dominując ich.

 

Dyniowe gnocchi z palonym masłem i szałwią


Składniki:
  • 400g ziemniaków (najlepsze będą mączyste typu C)
  • 1 jajko
  • 1 szklanka puree z dyni 
  • 1- 1 1/2 szklanki mąki
  • duża szczypta świeżo mielonej gałki muszkatołowej
  • sól (ok. 1/2 łyżeczki)
  • świeżo mielony pieprz
  • 3 łyżki tartego parmezanu
  • 5 łyżek masła
  • świeże listki szałwi
  • zestrugany parmezan do podania

Ziemniaki trzeba ugotować w mundurkach, odcedzić i odparować. Jeszcze gorące obrać, wspomagając się widelcem albo silikonową łapką i od razu przepuścić przez praskę. Całkowicie wystudzić.
Puree z dyni włożyć do rondelka i postawić na średnim ogniu, odparować 20-30 minut, aż stanie się gęstsze. Przestudzić.
Nastawić duży garnek z osoloną wodą do gotowania gnocchi.
Ziemniaki, puree z dyni, jajko, gałkę muszkatołową, parmezan oraz sól i pieprz wymieszać szybko w misce. Wsypywać mąkę po trochu i krótko zagniatając wyrobić miękkie ciasto - ważne aby zrobić to naprawdę szybko. W zależności od rodzaju ziemniaków oraz gęstości puree dyniowego ciasto może wymagać odrobinę więcej mąki - konsystencja ciasta ma być dosyć luźna, ciasto miękkie ale nie może się kleić do rąk i musi być na tyle zwarte aby dało się je formować.
Z ciasta odrywać kawałki, umączonymi rękoma formować długie wałki grubości kciuka, następnie kroić je na małe kluseczki wielkości ok 1cm. W takiej formie można je już gotować, można nadać im też za pomocą widelca lub specjalnej deski do gnocchi typowy karbowany wzór. Najlepiej cała czynność formowania gnocchi wykonać na dużej desce - kluseczki są delikatne, łatwiej będzie je będzie zsunąć prosto z deski do wrzątku.
Gotować gnocchi partiami - wystarczy, że wrzucone na wrzątek wypłyną i pogotują się 1-2 minuty.
W międzyczasie w dużym rondlu rozpuścić masło zostawić na średnim ogniu. Kiedy na powierzchni pojawi się piana, ale masło nie będzie jeszcze brązowe wrzucić całe listki szałwii. Smażyć listki aż masło stanie się złocisto-brązowe, uważać aby się nie spaliło.
Gnocchi polać masłem i posypać smażonymi listkami szałwii oraz parmezanem.







9 lutego 2015

Pizza Day!

Wdzięczna i prosta, powstaje z bardzo prostych składników i w zasadzie taka najuboższa jest najlepsza. 
Mój numer 1 to pizza bianca (biała), czyli placek skropiony tylko oliwą, z czosnkiem, kilkoma filecikami anchovies i solą morską - taką przygotował dla nas pewien Włoch, ortodoksyjny maestro tego prostego dania. Dzisiaj z okazji Międzynarodowego Dnia Pizzy (uśmiech) wybrałam te bardziej kolorowe, które są równie smaczne. Biel, ta za oknem, trochę już mnie znużyła, choć szykuję tu na blogu miejsce na tą ulubioną pizzę "białą" na wiosnę, jak zieleń mnie znuży :)



Pierwszą, posmarowałam sosem z pomidorów duszonych na oliwie z czosnkiem i bazylią, przetartych przez sito. Położyłam na niej kawałki mozarelli, garść bazylii, kilka kropel oliwy i świeżo mielony pieprz. Piekłam ją w 220st. C (termoobieg), taki trochę niefortunny eksperyment bo zawsze ustawiam piekarnik na grzanie dół i 250 st.C i wg. mnie w piekarniku taka wychodzi dużo lepsza, ma fajniejsze bąble i czarne plamki na spodzie. 

Po upieczeniu położyłam na niej plastry szynki parmeńskiej, posypałam ją listkami rukoli, które wcześniej skropiłam sokiem z cytryny (uwielbiam ten lekko kwaskowy posmak na tej popularnej wersji pizzy, uważam że to kluczowe zagranie bo bez tego jest trochę mdła), posypałam kawałeczkami parmezanu, skropiłam lekko oliwą i posypałam czarnym pieprzem.




Druga wersja to placek posmarowany pesto verde, z kozim serem, suszonymi pomidorami, na który po upieczeniu rzuciłam garść liści bazylii i mięty. Kiedy to piszę, a godzina młoda nie jest, mam natrętne myśli o tym aby zrobić ją znowu, jak najszybciej ;) Pesto jednak wyszło a po nocy nie wypada hałasować malakserem..

Poniżej podaję recepturę na ciasto, która to po wielu poszukiwaniach i nieudanych próbach okazała się najlepsza. Choć sądzę, że to nie miligramy tych prostych składników bazowych decydują o cieście ale jego odpowiednie traktowanie.

Ciasto na pizzę 

(wg Jamiego Oliviera)
Proporcje na 3 okrągłe, cienkie blaty, które mieszczą się na standardowej blasze z piekarnika. 

  • 500g mąki pszennej chlebowej (typ 750)
    lub 400g mąki pszennej chlebowej + 100g semoliny
  •  1 pełna łyżeczka drobnoziarnistej soli morskiej 
  •  1 pełna łyżeczka drobnego cukru
  • 1 saszetka drożdży instant
  • 2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 330ml letniej wody
Mąkę i sól przesiewam na blat, robię w środku dołek.
W misce mieszam drożdże, cukier, oliwę i wodę, mieszaninę odstawiam na parę minut, a następnie wlewam ją do wgłębienia w mące.
Mieszam całość widelcem zagarniając mąkę do płynnego środka, a kiedy całość jest już wstępnie połączona zaczynam wyrabiać ciasto rękoma, przez ok 10 minut, rozciągając je przy tym, aby stało się elastyczne. Ciasto powinno być gładkie i sprężyste, niezbite ale aksamitne i miękkie.

Ciasto przekładam do miski obsypanej mąką, posypuję mąką z wierzchu i przykrywam wilgotną ściereczką. Odstawiam na godzinę aż nie podwoi swej objętości.

Po tym czasie wyjmuję ciasto z miski, posypuję blat mąką i wyrabiam kilka minut aby pozbyć się nadmiaru powietrza. Dzielę ciasto na porcje.

Blaty formuję 10 minut przed włożeniem do piekarnika - piekarnik nagrzewam do 250st.C bez termoobiegu. Jeśli to możliwe polecam nie używać wałka do formowania blatów - jeśli się je uformuje ręcznie na cieście zrobią się fajne, chrupiące bąble.
Blachę pozostawiam w piecu, aby się nagrzała. Kiedy pizza jest przygotowana i obłożona sosem/farszem wyjmuję blachę na stół i przekładam ją szybko na taką gorącą blachę i od razu wkładam do pieca (zsuwanie bezpośrednio do pieca przypłaciłam kilka razy poparzeniem czy też gruntownym czyszczeniem piekarnika..). Pizza powinna się piec ok. 7-10 minut lub do momentu aż brzegi się nie zarumienią, a ser nie stopi i nie połączy z sosem.




9 listopada 2008

Pierogi Ruskie (Gotujemy po polsku!)



Pierogi to w naszym domu towar..luksusowy. Lepienie pierogów to nie tylko zajęcie "demode", ale także ciężka praca i to dosyć żmudna. Dodatkowo, moim zdaniem, jak już robić pierogi, to te idealne - lepione ręcznie, wypełnione po brzegi farszem, z fikuśną falbanką. Nie przepadam za pierogami robionymi szczękami lub innymi tego typu przydasiami - jest w nich za dużo powietrza, a falbanki są takie..fabrycznie równe.
Kiedyś częściej "pierogowałam", teraz nie mam na to czasu. A szkoda, bo w czasie piątkowego zmierzchu, stojąc nad kuchennym stołem i klejąc te małe, pocieszne pierogowe muszle, odkryłam że to zajęcie jest bardzo wyciszające.. Znikające ze stołu kółka rozwałkowanego ciasta, farsz ubywający z miski po łyżce i równe rzędy pierogowych półksiężyców wprawiły mnie w błogą zadumę.
Uwielbiam pierogi ruskie. Dziwne na pozór: pierogi z ziemniakami. Kiedyś ich nie lubiłam, bo też nie trafiłam na takie "prawdziwe". Według mnie zmielony farsz w postaci papki to nie jest to, o co chodzi w tym daniu - nadzienie powinno raczej być grudkowate, z ugniecionych ziemniaków, z tłustym, zwięzłym twarogiem, zeszklona cebulką i grubo mielonym pieprzem.
Pamiętam te pierwsze przełomowe. Lepiłam je z pewną stareńką panią, która pochodziła ze wschodu. Pokazywała mi krok po kroku jak okiełznać te kawałki ciasta, które zdawało by się robią wszystko aby nie dać się skleić. Spracowane dłonie tej starszej kobiety migiem wyczarowały ponad osiemdziesiąt sztuk równiutkich, przepięknych pierogów, kiedy ja w tym czasie, mimo ogromnego skupienia nie doszłam do dziesiątego. Potem jedliśmy je, nakładając na talerze z pięknej porcelanowej wazy i polewając śmietaną ze wsi. Jesienne słońce grzało po plecach, a ja przekonałam się, że uprzedzenia warto przełamywać :)


Pierogi ruskie

proporcje na ok.30 pierogów średniej wielkości.

Farsz:
3/4 kg ziemniaków
250 g białego sera, tłustego
1 duża cebula
po łyżeczce masła i oleju
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu czarnego

Ziemniaki obrałam i ugotowałam w posolonej wodzie. Po odcedzeniu zostawiłam w odkrytym garnku aby odparowały i lekko przestygły. Cebulę drobno posiekałam i przesmażyłam na oleju i maśle aż się nie zeszkliła. Ziemniaki rozgniotłam praską i pokruszyłam ser biały, wsypałam pieprz i sól oraz cebulę, całość dobrze wymieszałam ręką.

Ciasto:
350 g mąki pszennej
125 ml dobrze ciepłej wody
jajko sól

Mąkę i sól wsypałam do miski, zalałam wodą, wymieszałam drewnianą łyżką. Wbiłam jajko i zagniotłam ciasto, aż zrobiło się gładkie.

Podzieliłam na dwie części, jedną nakryłam miseczką aby nie wyschła, druga cienko rozwałkowałam. Wycinałam kółka szklanką o średnicy 7 cm, kółka brałam w palce i lekko rozciągałam, nakładałam na środek kopiastą łyżeczkę farszu a następnie składałam na pół i zlepiałam najpierw na środku powstałego półksiężyca, a potem od jednego brzegu do środka i od drugiego tak samo. Po zlepieniu pieroga robiłam falbanki wykręcając dwoma palcami brzeg, centymetr po centymetrze.
Wrzuciłam pierogi na osolony wrzątek, zamieszałam i przykryłam, poczekałam aż pierogi wypłyną a wtedy zmniejszyłam ogień i gotowałam odkryte jeszcze 3 minuty. Odecedziłam i włożyłam do miski, przekładając posiekaną i przesmażoną na oleju cebulą.

A najbardziej lubię pierogi ugotowane, prosto z garnka, delikatne i rozpływające się w ustach. Nie przepadam za tymi przesmażanymi, na chrupiąco, choć wielu pierogowych fanów uwielbia je tylko w takiej wersji.

Gotujemy po polsku - 24.10. - 09.11.2008r.

9 października 2008

Kulki z mielonego mięsa "Koettbullar" i prosta sałatka z buraków



W ramach obiadu na skandynawską nutę często robię te kulki. Ostatnio podałam je z ziemniakami Hasselbacken i prostą sałatką z surowych buraków. Oczywiście do kulek (nie lubię słowa "klops" więc celowo go tutaj unikam :) koniecznie musiał być ciemny sos i odrobina żurawiny.

Dotychczas korzystałam z przepisu na koettbullar i sos z Kulinarnego Atlasu Świata - masa mięsna wychodziła dosyć rzadka ale gotowanie a potem smażenie powodowały, że kulki robiły się bardziej zwarte.
Ponieważ jednak nie posiadam nadwyżek wolnego czasu do zagospodarowania tym razem musiałam trochę zredukować przepis, co o dziwo, wg mnie nie zaważyło na końcowym efekcie.
Oto ten zredukowany przepis:


Kulki mięsne

Po 25 dkg ładnej wieprzowiny i wołowiny (chude kawałki) zmielonej (w sumie 50 dkg mięsa)
1 mała cebula
1 jajko
1 niepełna łyżka posiekanej natki
po małej szczypcie: mielonej kolendry, cynamonu, kardamonu, mielonego imbiru
1-2 łyżki bułki tartej
sól
czarny pieprz
olej

Mięso wymieszałam w misce z przyprawami i posiekaną drobno cebulą. Połowę masy przełożyłam do malaksera, dodałam jajko i zmiksowałam na gładki krem. Z powrotem wrzuciłam do miski z mięsem i dokładnie wymieszałam całość, dodając bułkę tartą. Ulepiłam kuleczki wielkości dużego orzecha włoskiego, starając się aby były mniej więcej tej samej wielkości.
Ponieważ nie miałam czasu na gotowanie i smażenie, postanowiłam tylko usmażyć moje koettbullar. Rozgrzałam olej i smażyłam kulki z wszystkich stron, na średnim ogniu, aż nabrały brązowego koloru.
Danie idealnie komponuje się smakowo i wizualnie z aromatycznymi pieczonymi ziemniakami, ciemnym sosem, słodkawą żurawiną oraz buraczaną sałatką z cytrynową, kwaskowatą nutą.



Sałatka z surowych buraków, koperku i gorczycy

Z książki "Lato w kuchni przez okrągły rok" N.Lawson

duży pęczek świeżego koperku
500g surowych buraków, startych na drobnej tarce lub pokrojonych w słomkę
sok z 1 cytryny
2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
2 łyżki nasion białej gorczycy
ew. sól i pieprz do smaku (oliwa, cytryna i buraki to tak nasycone smakowo składniki że ja dałam jedynie szczyptę pieprzu)

Koperek posiekałam bardzo drobno, odłożyłam łyżkę a resztę wymieszałam ze startymi burakami, oliwą i sokiem z cytryny. Gorczycę prażyłam przez kilka minut na suchej patelni uważając by się nie spaliła. Wrzuciłam do buraków i wymieszałam wszystko jeszcze raz. Przełożyłam do czystej miski i posypałam resztą koperku.


Tak więc wyglądał mój kuchenny poemat na część północnych smaków - bardzo prosty i oszczędny w środkach (oraz czasie przygotowywania)..i tyle wspomnień poruszył.